Między wolnością a kompromisem

O wyborach projektanta, pracy dydaktycznej i pasji rozmawiamy z dr hab. Romualdem Fajtanowskim

 A. G.: W swojej publikacji stwierdza Pan, że nie ma Pan dziedziny ulubionej, że nie zamknął się Pan w żadnej szufladzie jako designer. Jaki jest sekret ciągle twórczego podejścia do swojej pracy?

R. F.: Głównym motorem moich działań projektowych jest kontakt z różnymi klientami. Nie jestem w konkretny sposób ukierunkowany na projektowanie czy to artykułów wyposażenia wnętrz, czy mebli. Nie jestem w sytuacji pracowników wielkich firm, którzy od lat powtarzają te same schematy, których myślenie o projekcie podąża wciąż tą samą ścieżką. Mam tę przewagę, że do każdego projektu podchodzę zupełnie od początku, na świeżo, nie mam żadnych ograniczeń, żadnych naleciałości. W każdym projekcie jest zawsze coś innego, coś nowego do odkrycia; coś, czego inni już nie dostrzegają, co staje się dla nich rutyną, ja staram się uchwycić i zawrzeć w swoich pomysłach. I oczywiście wyobraźnia, która stanowi podstawę tego zawodu.

A. G.: Czy przez 30 lat pracy w zawodzie wykształcił się styl, jaki Pan reprezentuje? Czy można wyznaczyć cechy, którymi charakteryzują się Pańskie projekty?

R. F.: Trudno to konkretnie określić, ponieważ gdybym prowadził swoje studio i projektował tylko rzeczy przez siebie wykreowane, to mógłbym ten styl narzucić i bardziej określić. Projektuję natomiast dla wielu klientów. Projektant to zawód typowo usługowy, musi dostosowywać się do trendów, stylu i charakteru różnych odbiorców. Współpracując z licznymi firmami, trudno swój styl narzucać, ponieważ klienci są różni. Są tacy, dla których bardzo dobrze się projektuje – współpraca jest nakręcana przez obie strony. Są też tacy, którzy mają wizję nowego produktu całkowicie już skrystalizowaną – tych trudno przekonać do nowego projektu. Czasem się to udaje, czasem nie. Muszę przyznać, że pracując tyle lat i chcąc utrzymać się w tym zawodzie, muszę pewne kompromisy podejmować. Czasami zdarzało się, że w mniejszych firmach lub firmach dopiero rozpoczynających swą działalność moje propozycje nie bardzo trafiały w gusta szefów – prostota i funkcjonalność produktu musiały ustępować dekoracyjności i ornamentom, które z kolei bardzo odpowiadały ich klientom.

E. L.: To jak ich Pan przekonuje do swoich wizji?

R. F.: Rozmowami i prezentowaniem innych swoich projektów, które odniosły już sukces rynkowy. Dobre przykłady z zyskiem „w tle”, zawsze pozytywnie działają na wyobraźnię ludzi biznesu.

Projektowałem kiedyś całą serię różnego rodzaju dzwonków. Klient uparł się, żeby motywem charakterystycznym produktu był wzór greckiego meandra umieszczony na każdym dzwonku. Nijak nie pasowało to do całości – dzwonek stanowiła prosta bryła z lekkimi obłościami. Nie udało mi się jednak przekonać klienta. Nigdzie tego projektu nie pokazuję, jedynie w mojej świadomości jest ślad, że coś takiego zaprojektowałem. Mam w swoim CV kilka takich projektów, które wymagały pewnych ustępstw, aby „zatrzymać” przy sobie klienta. Projektant to – jak już wspomniałem – zawód usługowy. Zdarzało się, że jednego miesiąca było wiele zleceń tak, że nie wiadomo było, od którego zacząć. Bywały także okresy posuchy, nieraz 2, 3 miesiące – cisza. Realia życiowe były twarde, więc takie drobne kompromisy były koniecznością. Na szczęście tych rzeczy jest niewiele, najczęściej indywidualne podejście do klienta, zrozumienie jego potrzeb, jak i uświadomienie mu potrzeb jego klientów skutkuje.

W mojej pracowni, w Zakładzie Wzornictwa, staram się również dużą uwagę zwracać na aspekt dobrych relacji przyszłego projektanta z klientem. Można bowiem tworzyć oryginalne i innowacyjne projekty, jeśli jednak nie uda się ich „sprzedać” klientowi, sukces jest znikomy. Nawet chwaląc się projektem na różnych konkursach, prezentując w internecie, osiągamy niewiele, gdy projekt nie jest wdrożony do produkcji.

E. L.: Zatem zależy Panu na tym, aby Pana projekty znalazły swoje miejsce na rynku.

R. F.: Oczywiście, jak najbardziej. W Zakładzie Wzornictwa mamy taką strukturę działania, że wszyscy jesteśmy praktykami. Nie ma tu teoretyków, dla których od asystentury uniwersytet jest jedynym polem działania. Na wielu uczelniach, szczególnie na akademiach sztuk pięknych, kontakt pracowników z przemysłem jest dużo mniejszy niż na naszej Uczelni. Każdy z wykładowców, którzy u nas pracują, jest czynnym projektantem. I w tym właśnie tkwi nasza siła, a przy okazji ukazuje to słabość naszego systemu, z powodu którego mieliśmy pewne „braki” w karierze naukowej, które trzeba było szybko nadrabiać. Polski – trochę skostniały – system nie ułatwia rozwoju naukowego praktykom, bowiem nie uwzględnia „bagażu” doświadczeń i wiedzy, które wnoszą na uczelnię, a do późniejszego dorobku tworzonego już na uczelni zalicza się tylko prace opatrzone afiliacją Uniwersytetu. Tymczasem wielu z nas projektuje na zewnątrz, ma dużo wdrożeń, dużo twórczych i odkrywczych prac, co nie jest w pełni doceniane przez Uczelnię. Nowa ustawa ma zmienić ten stan rzeczy. Kierunki Wzornictwa i Architektury Wnętrz łączą się w ramach jednego Instytutu i podlegać już będą innemu systemowi oceny, tworząc nową dyscyplinę, w ramach której wiele naszych dokonań artystycznych, jak i projektowych będzie zaliczonych do dorobku naukowego. Obecnie sporej części naszej działalności punktacja ta nie obejmuje – podlegamy bardziej pod ocenę „inżynierską”. My nie publikujemy, my projektujemy. Gdy utworzymy dyscyplinę – jaką są Sztuki Projektowe – nasze działania będą zdecydowanie bardziej „mierzalne”. Nie będzie tak jak dotychczas, że musimy nie tyle projektować, co opisywać nasze projekty i publikować, tracąc czas na to, co nie jest meritum naszej pracy.

Tu, w pracowni mamy wiele projektów studialnych, które opracowują studenci od samego początku. Projekt zaczyna się od analizy stanu istniejącego, potem wchodzimy w sferę ergonomii, np. jeżeli projektujemy krzesło, to musi być ono tak zaprojektowane, żeby się na nim wygodnie siedziało, a konstrukcja była mocna i solidna. Kończy się to dokumentacją, w efekcie – modelem.

Co ważne, dla mnie kontakt z młodymi ludźmi – a nie tylko z konkretnym biznesem, z jego twardymi ograniczeniami powodującymi bardzo często zniechęcenie – odświeżenie, danie im tej swobody, możliwości robienia wszystkiego, co im w duszy gra, i mnie trochę odświeżyło, dało mi sporo nowej energii. Dzięki temu wypalenie zawodowe mnie nie dotknęło… jeszcze.

A. G.: Czy jest przestrzeń, która łączy Pana pasję z pracą? Czy jest czasem tak, że pasja inspiruje pracę, a praca – pasję?

R. F.: Praca i pasja to jedno. I design jest moją pasją, i fotografia jest nią także. Fotografia jest dla mnie odreagowaniem i przestrzenią, w której jestem całkowicie sam. Jak już wspomniałem – kontakt z klientami jest różny: i łatwiejszy, i trudniejszy, i przyjemny, i bardziej zgrzytający. W przypadku fotografii w 100% jestem właścicielem wszystkiego: koncepcji, pomysłu, kompozycji. Sam tworzę, sam organizuję wystawy. Nikt nie wtrąca się w tę przestrzeń. Każdy twórca – niezależnie od tego, czym się zajmuje – musi mieć swoją enklawę, w której ma absolutną wolność i nikt go nie kontroluje. Jednym może się to podobać, innym – nie. To, co robię, robię z sercem i pełnym zaangażowaniem.

E. L.: Co Pana interesuje w fotografii najbardziej?

R. F.: Na początku była to architektura. Chodziłem z aparatem po mieście i starałem się uchwycić różne niebanalne kadry i fascynujące mnie kompozycje. To było moje pierwsze podejście do fotografii. Potem forma, jak i treść zaczęły ewoluować: coraz bardziej ciągnęło mnie do fotografii, w której utrwalałem jakiś fragment danej chwili, danego zdarzenia – ktoś gdzieś przysiadł, ktoś przeszedł, nagle się zatrzymał. To nieraz bardzo intuicyjne. Fotografią studyjną nie zajmuję się wcale – biorę aparat i idę w świat. Czasem wyjeżdżam, jak ostatnio – miałem sesje na Ukrainie, na Litwie, w Czechach.

E. L.: Podpatruje Pan ludzi? Czy zdarza się Panu ustawić kogoś na planie?

R. F.: Nigdy nie ustawiam ludzi, ale czasem zdarza się, że stoję i czekam, aż dana osoba sama stanie tak, aby pięknie uzupełnić mi kadr. Nie robię zdjęć inscenizowanych, jak trafię – tak już zostaje. Chcę zachować autentyczność, szczerość momentu, który się nigdy nie powtórzy. Raz udaje mi się to złapać, tysiąc razy – nie.

E. L.: Dlaczego ludzie? Co w ludziach na fotografii interesuje Pana szczególnie?

R. F.: Interesuje mnie głównie ten moment, który zatrzymuję w kadrze – chwila, gdy dany człowiek wpatruje się w coś albo błądzi myślami, będąc czy to na przystanku, czy stojąc w kolejce. Różne są sytuacje. Czasem ktoś nagle przystanie, jego myśli krążą daleko i wtedy jest ten idealny moment, gdy można go sfotografować. Tworzenie atmosfery pewnej zadumy powoduje, że nie są to zdjęcia typowo reporterskie, ale skrywa się w nich jakaś tajemnica, tajemnica osoby, która jest sfotografowana. Wiele osób w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że ich fotografuję, że ich zdjęcia są w katalogach, na wystawach.

Nie jestem niezmiernie płodnym artystą, który co rok wystawia swoje prace. Żyję z czegoś zupełnie innego. Fotografowanie to moje odreagowanie, daje mi 100% wolność. Gdy tylko mam chwilę wolnego, staram się z tej wolności korzystać.
Dziękujemy za rozmowę

Aleksandra Górska
Ewa Lewandowska


Drukuj