Rozum i szaleństwo. Krótka historia Europy

Trudno byłoby zliczyć tych wszystkich szaleńców, wariatów i postrzeleńców, którym tzw. codzienność i zdrowy rozsądek zawdzięczają swój kształt i los.

Szaleństwo przychodzi z nieba i powraca do niego jako rozum. Albo też, mówiąc inaczej, to właśnie normalność jest ziemią, po której tańczą nagie stopy szaleństwa i maszerują równo buty rozumu. Niczym wąska, chropowata krawędź, na której obraca się puszczona w ruch moneta życia. Dzieli je niewiele, czasami zdają się być tym samym: są razem niczym dłoń przyklejona do lustra, prawa i lewa ręka, które wyklaskują rytm dziejów. Z pewnością szalona w swych ambicjach byłaby próba stworzenia pełnej opowieści o związkach rozumu i szaleństwa, ich rozstaniach i spotkaniach. O tym, jak wzajemnie się przenikają oraz jak płodzą w konfrontacji i w miłosnym uścisku los europejskiej kultury. A może każdej kultury? Na pewno historia Europy to historia wzajemnych powiązań rozumu i szaleństwa. Ich niebezpiecznego powinowactwa i rzekomego przeciwieństwa, którym tak chętnie uspakaja się codzienność, by zapomnieć o swych dzikich źródłach i zachować swój status quo. Żeby zrozumieć – czy da się to w ogóle zrozumieć? – związki rozumu i szaleństwa, które złotem i krwią obdarowały dzieje Zachodu, trzeba wrócić do ich początków, zakraść się w pobliże mykeńskich świątyń, a potem pójść na Areopag, by posłuchać tam filozofów greckich, udać się do chrześcijańskich monasterów i wdrapać się na gotyckie wieże, porozmawiać następnie z oświeconymi matematykami i inżynierami, zarówno tymi od maszyn, jak i tymi od ludzi, poobcować ze sztuką, dokonać niejednej rewolucji, na koniec włączyć telewizję i zapuścić się w Internet. Okaże się wtedy, że bez szaleństwa nie ma rozumu, i odwrotnie, że w każdym szaleństwie jest jeszcze dość rozumu, by nakarmić nim głód codzienności.

Jak zatem z perspektywy związków szaleństwa i rozumu wygląda historia Europy? W opublikowanej w roku 1872 pracy pt. Narodziny tragedii z ducha muzyki 28-letni wówczas Fryderyk Nietzsche, ożywiając archaiczne mity, twierdził, iż początek attyckiej tragedii, a co za tym idzie początek kultury europejskiej, kształtuje walka dwóch opozycyjnych wobec siebie żywiołów: dionizyjskiego i apollińskiego. Zdaniem późniejszego wydawcy pism Nietzschego, Giorgia Colliego, nie dostrzegł on jednak, iż sam Apollo – niczym rozumne odzwierciedlenie szaleństwa – nosi jeszcze dionizyjskie rysy. Jest wprawdzie Bogiem harmonii i proporcji, Bogiem słońca i jasności, ale też Bogiem szaleństwa i opętania. Jego atrybutami są lira i łuk – oba artefakty, których działanie określa siła przeciwieństw. Kocha poezję i śmierć, które dotykają z daleka. Chociaż Apollo jest Bogiem ukrytym, daje się poznać człowiekowi dzięki słowu, które wypowiada ustami wyroczni. Nie jest to zwyczajne słowo porady lub przykazanie. Apollińska wyrocznia w Delfach, do której udawali się najmniejsi i najwięksi ówczesnego świata, opowiadała o przyszłości, używając formy zagadki. W zgodzie z rozumem i niejako wbrew niemu, Grecy powierzali swe życie i państwo głosowi wyroczni.

Różne to przynosiło skutki. W wymiarze politycznym decydowało to tyleż samo razy o porażce, co o zwycięstwie. Ale miało to też swoje przełożenie na rozwój wiedzy i powstanie europejskiej racjonalności. Zagadkowe słowa wyroczni potrzebowały mianowicie kogoś mądrego, kto rozszyfruje ich treść i objaśni ich ukryte znaczenie. Funkcję tłumaczy bogów pełnili tzw. mędrcy. Z biegiem czasu zaczęli oni rywalizować ze sobą o prawdę przekazaną przez boga i sobie nawzajem zadawać zagadki. Jeden stawał się pytającym, drugi – odpowiadającym. Zadaniem pytającego było doprowadzić tego, kto odpowiadał, do sprzeczności. Ich walki słowne przyciągały rzesze słuchaczy. Stawały się coraz bardziej wyrafinowane i złożone. Ale też, pozostając wciąż sprawą życia i śmierci, coraz bardziej oddalały się one od swoich religijnych korzeni. Kiedy reguły słownych potyczek uległy kodyfikacji i formalizacji, kiedy mędrcy nie tylko walczyli ze sobą nawzajem, ale zaczęli uczyć tego innych, kiedy potem jako swojego sędziego i przeciwnika obrali tłum, a słowo ich stało się tak ważne, że trzeba je było zapisać, rodziły się z wolna kolejne sztuki słowa: retoryka, dialektyka, erystyka, wreszcie logika i literatura filozoficzna, która wyznacza początki europejskiej nauki. Na świat przyszedł też europejski człowiek teoretyczny, którego sposobem bycia jest poznanie i wiedza. Szaleństwo mitu przemieniło się w porządek rozumu.

Nie od razu wszak i nie na zawsze. Jeszcze u Platona, który u bram Akademii kazał zawiesić ostrzeżenie, iż nikt, kto nie zna geometrii, nie może przekroczyć jej progu, pojawia się wielka apoteoza szaleństwa (grec. mania). W znanym dialogu pt. Fajdros wylicza cztery rodzaje błogosławionego szaleństwa, które samo dobro ludziom przynosi: jest to szał apolliński, proroczy; szał dionizyjski, oczyszczający; poetycki, który od Muz pochodzi; i ten najpowszechniejszy – miłosny – który Eros zsyła. Platon żyje jeszcze na pograniczu dwóch greckich kultur. Wielki uczeń Platona, Arystoteles, twórca logiki i autor licznych naukowych traktatów o świecie, nie był już tak skory składać szaleństwu pokłonów.

I kiedy wydawać by się mogło, że oto człowiek rozumu jest już na tyle samodzielny, mocny i oddalony od swych szalonych źródeł, że pozostaje mu tylko wspinać się myślą ku świetlistej prawdzie, pewnej nocy w Betlejem przychodzi na świat chłopiec, który swoim boskim szaleństwem zmienia całkowicie bieg dziejów. Narodziny chrześcijaństwa, a potem Kościoła powszechnego, uświadamiają, że tylko powrót do szaleństwa, do źródeł ducha, w których rozum i szaleństwo znaczą to samo, pozwala człowiekowi doświadczyć Absolutu. Walka pierwszych chrześcijan o pamięć dla Wydarzenia jest walką z greckim rozumem. Znakomicie oddają to dzieje apostolskie. Głosząc ideę stworzenia świata z nicości i nowinę o Chrystusie Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym, Paweł z Tarsu udaje się na Areopag i spotyka tam filozofów stoickich i epikurejskich, dla których szybko staje się pośmiewiskiem i obrazą zdrowego rozsądku. Tak, Paweł jest szalony i chce być szalony. Tak, jest i chce być głupcem i pośmiewiskiem, albowiem swoją wizję szczęśliwości zaczerpnął od pierwszego ze wszystkich bożych szaleńców, Jezusa Chrystusa. W Liście do Koryntian nie pozostawia złudzeń, na czym polega naśladowanie Baranka Bożego: „Staliśmy się bowiem widowiskiem światu, aniołom i ludziom; my głupi dla Chrystusa (…) Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili” (1 Kor 4, 9-13). W innym jednak liście daje wskazówkę, że szaleństwo nie musi być ostatnim słowem wiary: „Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na swoją obronę” (Rz 1, 20). Pomiędzy tymi dwoma wypowiedziami rozgrywają się dzieje kultury średniowiecza. Wiara przeciąga na swoją stronę raz szaleństwo, raz rozum. Z jednej strony, czasy średniowiecza, choć okrzyknięte wiekami ciemnymi, pielęgnują antyczne wzorce racjonalności naukowej, która skutkuje nie tylko wyrafinowanymi teoriami filozoficzno-teologicznymi, ale także wynalazkami technicznymi. Pierwotna, nieprzewidywalna wiara ulega instytucjonalizacji i kodyfikacji, ze szkół katedralnych powstają uniwersytety, na których wiedzę rozwijają najwybitniejsze umysły wszechczasów, rodzi się filozofia szkolna, piętrzą się ku niebu wspaniałe budowle kościelne – wszystko to w zgodzie ze słowami Pawła, iż w dziełach Boga poznacie jego samego. Z drugiej strony, średniowiecze obfituje w zupełnie szalone przedsięwzięcia, jak choćby krucjaty dziecięce przeciwko niewiernym, stosy czarownic, bolesne praktyki ascetyczne, święta Głupców, Święta Osła, choreomanie (tańce św. Wita), teatr – a więc wszystko to, co tak wspaniale ilustruje malarstwo Boscha, Breuglów czy Dürera. Do tego szaleni święci, mistycy, nadworni błaźni i wreszcie owi „szaleni w Chrystusie”, boscy popaprańcy, święci idioci.

Wzorzec osobowy jurodiwego upowszechnił się przede wszystkim na Rusi. Słowo jurodiwyj oznaczało najpierw zwykłe kalectwo umysłowe, ułomność psychiczną, niedorozwój, dopiero w kontekście religijnym nabrało znaczenia głupstwa, skrywającego prawdziwą mądrość Bożą. Podobnie greckie słowa salos i moros, których używa św. Paweł, najpierw odnosiły się do naturalnego kalectwa umysłowego, by w tekstach biblijnych nabrać nowego znaczenia. Jurodiwyj to boski szaleniec, opętaniec, głupi w Chrystusie i dla Chrystusa. Jest tu, na świecie, zawsze w drodze. Jako pielgrzym, który zmierza na Wschód ku Słońcu. Szaleństwo jurodiwego to wyrzeczenie się rozumu – jest to ostatnia i najbardziej radykalna forma samowyrzeczenia. Nie jest on głupkiem z przyrodzenia, lecz kimś, kto udaje szalonego, gra idiotę, odgrywa spektakl. Jest to szaleństwo udawane, przypominające ludziom w formie performansu, że celem doczesnego życia człowieka nie jest wcale szukanie zadowolenia na Ziemi, lecz naśladowanie Chrystusa – owego Króla Szaleńców.

O ile wczesne i środkowe średniowiecze godziło szaleństwo i rozum, oddając raz jednemu, raz drugiemu przewodnictwo na drodze do stania się bliskim Bogu, o tyle pod koniec wieków średnich zaczyna wyraźnie brać górę rozum i jego wykładnia szaleństwa jako moralnego zła, upadku, działania szatana. Szaleństwo nie tylko oddziela się od rozumu grubą kreską, ale także traci swoje boskie właściwości. Jedyną drogą prowadzącą do Boga staje się ścieżka rozumu i bycia rozumnym, tzn. bycia roztropnym, umiarkowanym i przestrzegającym zasad. A co z szaleństwem? Czas pożegnania z średniowieczem to – jak mówi Michel Foucault – jednocześnie epoka Wielkiego Zamknięcia: to czas narodzin szaleństwa jako jednostki chorobowej, którą bada się w zakładach dla psychicznie chorych. W ten sposób rozum zdaje się ostatecznie triumfować nad szaleństwem, które leczy się od tej pory odosobnieniem, a w nowszych czasach także za pomocą farmakologii i psychoterapii.

Niech fakt ten jednak nas nie zwodzi: wprawdzie szaleństwo ulega profanacji i zostaje podporządkowane racjonalnej mocy katalogowania i analizowania, to jednak nie daje się ono całkowicie ujarzmić. Więcej, staje się przez to jeszcze bardziej tajemnicze. Zrazu faktycznie dysponuje ono niewielką siłą. Ma jednak wielką moc przypominania o sobie. Może się to wydawać nam nieco dziwne, że gdy w XVII wieku, ojciec nowożytnego racjonalizmu, Kartezjusz, rozpoczyna swoje przełomowe „poszukiwania prawdy w naukach”, wciąż jako największego swego przeciwnika ustanawia szaleństwo. Mając za sobą odkrycia w badaniu zjawisk świetlnych i optycznych, będąc twórcą geometrii analitycznej, wciąż lęka się tego nieprzeniknionego mroku, który pochodzi z obłąkania. Jak tu się bowiem nie bać? Gdybyż to tylko człowiek był podatny na obłęd nierozumu? Ale jeśli sam Bóg – myśli Kartezjusz – może być szalony? Czyż wtedy każdy rozum nie jest najzwyczajniejszą w świecie iluzją i snem, a najmądrzejszy wśród ludzi nie przypomina pierwszego z brzegu pijanego?

Kartezjusz nie jest wszak jedynym, który, tworząc podwaliny nowożytnej racjonalności naukowej, wciąż walczy z marami sennymi, demonami i własnym szaleństwem. Innym przykładem jest Błażej Pascal, który twierdził, że „ludzie są tak nieodzownie szaleni, iż nie być szalonym znaczyłoby być szalonym innym rodzajem szaleństwa”. Albo też Isaak Newton, który większą część życia zajmował się alchemią. Któżby przypuszczał, że ów twórca nowożytnego przyrodoznawstwa brał na poważnie i czerpał inspiracje w swej fizyce z czarów, magii i ciemnych mocy o niejasnej bynajmniej proweniencji?

Jednak pochód rozumu trwa. Wydaje się, że w wieku oświecenia nic już nie jest w stanie przeszkodzić rozumowi w marszu ku prawdzie i dobru. Bóg potrzebny jest tylko do tego, aby stworzyć świat, reszta zależy od rozumu i rozwijanej w oparciu o jego zasady techniki. W końcu jest to „świat najlepszy z możliwych”, rozumnie zaprojektowany przez Wielkiego Geometrę. W XVIII i XIX wieku nauka i technika stają się narzędziami budowanych z wielką pasją utopii społecznych, utopii, których próba urzeczywistnienia – jak się wkrótce okaże – naznaczy historię XX wieku tak tragicznym rysem. Rozwój nauk święci triumfy, a epoką wstrząsają kolejne wielkie rewolucje: społeczno-polityczna we Francji, przemysłowa w Anglii, filozoficzna w Niemczech. Wszystkie one mają prowadzić ludzkość ku szczęściu, jakie daje ostateczne odkrycie racjonalnych praw bytu.

I oto w samym sercu tych epokowych zmian wycofane do kąta szaleństwo zdaje się przychodzić właśnie z miejsca, które wydawało się jemu najbardziej odległe. Nie, nie są to zakłady dla psychicznie chorych, do których rozum dzierży bezpiecznie klucze. To szaleństwo samego przenicowującego się rozumu, szaleństwo niejako zrodzone z niego samego, które jednocześnie wzmacnia i załamuje jego hegemonię. Bo jakże inaczej, jeśli nie obłędem, nazwać te szalone projekty budowy idealnego społeczeństwa pod przewodnictwem szalonych inżynierów i matematyków? Te wszystkie utopie gnające w przyszłość z szybkością maszyn parowych? Tę nową religię ludzkości, jaką – zdaniem Augusta Comte’a – miała być nauka?

Z drugiej strony szaleństwo, niczym brudna woda, wybija w XIX wieku z nastrojów i pytań granicznych, których uosobieniem stała się twórczość wspomnianego Nietzschego. W ostatnich swych listach, które podpisywał jako Dionizos lub Ukrzyżowany, zapowiadał nadejście czegoś straszliwego, czego do tej pory ludzkość nie znała. I wiązał to ze swoim nazwiskiem. Miało to być najpierw zwycięstwo nihilizmu, a potem „przewartościowanie wszystkich wartości”. Nietzsche, podobnie jak wszyscy inni boscy szaleńcy, był filozofem Słońca, godziny Południa.

Wiek XX to wiek przyspieszenia, pomieszania i destrukcji wszystkich klasycznych podziałów. W roku 1890, a więc w roku psychicznego załamania się Nietzschego, umiera inny wielki apostoł szaleństwa i wyznawca Słońca: Vincent van Gogh. Czy to przypadek, że prace akurat tego artysty wiek XX uznał za swoje, a jego malarstwo doczekało się w epoce weimarskich Niemiec największego skandalu w świecie sztuki? Skandalu fałszerstwa, w którym brały udział największe autorytetu świata intelektualnego ówczesnej Europy i w którym stawką było już nie to, czy wystawione przez młodego marszanda, Otta Wackera, rzekome prace van Gogha są autentyczne czy nie, lecz sama różnica między prawdą i fałszem?

XX wiek pokochał Słońce. Jednak Słońce, które poczęło wstawać na horyzoncie ostatniego stulecia, nie miało koloru antycznego świtu. Rozum i szaleństwo łączą się na początku XX wieku w jedno. Ale nie jest to jedność starożytnego świata Grecji, gdzie Słońce jest Dobrem, lecz jest to epoka czarnego Słońca swastyki i bomby atomowej. Ten punkt kulminacyjny XX wieku zwiastują przemiany, które prowadzą do pierwszej wojny światowej.

W roku 1913 w Paryżu odbywa się premiera Święta wiosny Igora Strawińskiego, podczas której przy ostrych rytmicznych dźwiękach heros baletu rosyjskiego, Wacław Niżyński, dokonuje publicznej profanacji własnej sztuki. Na widowni wybucha skandal, dochodzi do rękoczynów, przez kilka dni prasa podgrzewa atmosferę.

Rok później wybucha pierwsza wojna światowa. Tumor wojenny ogarnia zrazu całą Europę. Jak mówi o tym Modris Eksteins, wojna ta miała dla mieszkańców Starego Kontynentu przede wszystkim wymiar duchowy. Wojna była interpretowana jako piękno, spektakl, widowisko. To, co miało potrwać chwilę, zajęło długie 4 lata, podczas których zginęło 8,5 miliona żołnierzy po obu stronach.

Te dwa wydarzenia łączy to samo nastawienie do życia: Wagnerowska idea dzieła totalnego, która obejmuje całe życie: sztuka jako życie i życie jako sztuka. Wielkie, fundujące byt człowieka poszukiwanie przeżycia prajedności z bytem, które dawniej zagospodarowywała religia, teraz stało się domeną sztuki, której główną dziedziną staje się sytuacja spektaklu.

Rzeczywiście, nie ma chyba bardziej pomocnej kategorii, za pomocą której można by opisać ostatnie stulecie, niż kategoria teatru, spektaklu i performansu. Jak mówi Guy Debord, „życie społeczeństw, w których panują nowoczesne warunki produkcji, przypomina olbrzymie zbiorowisko spektakli. (…) Spektakl jest Słońcem” (G. Debord, Społeczeństwo spektaklu, tłum. M. Kwaterko, s. 33, 36). Przez wieki teatr był domeną prawdy i kłamstwa. Czy to znów przypadek, że profesja aktora, która przez wieki całe uchodziła za niegodną człowieka poczciwego, stała się wzorem osobowym ludzi późnej nowoczesności? Społeczeństwo spektaklu jest w pierwszej kolejności systemem tworzenia fikcji, iluzji, maszyną do produkcji symulakrów. Ale teatr ma też inne oblicze: jest przestrzenią, w której człowiek próbuje wobec innych dokonać samozatracenia i połączyć się z Bytem. Stąd też biorą się poszukiwania wielkich reformatorów teatru: Anton Artaud porównuje teatr do dżumy i żąda przywrócenia teatru okrucieństwa, w którym stawką byłoby Życie i Prawda.

W ostatnim akcie tego trwającego blisko trzy tysiące lat europejskiego theatra mundi kategoria teatru przemienia się w pojęcie performansu. W swojej głośnej teorii John Mckenzie wylicza trzy rodzaje performansu: organizacyjny, techniczny i kulturowy, które łączą się – jego zdaniem – w wydarzeniu katastrofy promu kosmicznego Challenger w roku 1986. W roku 2001, w roku publikacji książki Mckenziego Performuj albo… świat śledzi z zapartym tchem inne wydarzanie o epokowym charakterze: atak terrorystyczny na WTC i Pentagon. Znamienne, że tuż po tym, tłumacz pracy Mckenziego, Tomasz Kublikowski, publikuje w czasopiśmie teatralnym „Didaskalia” interpretację tego wydarzenia, stosując kategorię performansu Mckenziego. Zaś Cezary Wodziński, ów filozof transu, odnotowuje w swych pamiętnikach, że „11 września był relacją z inwazji Niewidzialnego na nasz świat”. Święci męczennicy, którzy wysadzają się i oddają życie za Niewidzialne, są szaleństwem z rubieży, które podminowuje europejską racjonalność za pomocą jej własnych środków.

Jak będzie wyglądał następny akt europejskiej historii i jakie Słońce będzie mu przyświecać: bardziej rozumu czy szaleństwa?

Felieton Daniela Rolanda Soboty

Cały felieton dostępny w Formacie 2.0 nr 2/2017


Drukuj