Chodźmy. Felieton Daniela Rolanda Soboty

Zegar chodzi, choć nie ma nóg i kręci się jak ogłupiały. Kot chodzi, lecz niechętnie. Woli odpoczywanie, choć nie wieczne. Diabeł chodzi, i czasem mu wyjdzie to lub owo. Bóg nie chodzi, choć idzie mu jak po maśle. Tylko człowiek chodzi, dlatego że o coś mu idzie.

W ten chodzony sposób człowiek rozumie siebie od dawna. Jako chodziarz, pozostający stale w drodze, pielgrzym, wędrowiec, włóczęga, turysta, żebrak, myśliwy… Przechodzi przez most lub rzekę czasu, idzie przez życie, ku śmierci, by zajść tam, po drugiej stronie. Przejściem jesteśmy i drogą.

O co więc chodzi, że ciągle idziemy? Choć nie wiadomo skąd i dokąd, nie możemy nie iść, nogi same niosą. Filozofia człowieka jest filozofią chodzenia. Ponieważ tak długo jak jesteśmy, pozostajemy w marszu, i nie wiadomo, który krok człowieka jest krokiem ostatnim, zamykającym wędrówkę w miejscu pod niebem, a zrozumieć człowieka można tylko w drodze – nie jest to rzecz łatwa ująć człowieka. Jak bowiem określić to, co pozostaje w ruchu? Jesteśmy idąc – czy to nie sprzeczność? Arystoteles mówił: zrozumieć ruch, to zrozumieć przyrodę. Ale o wiele bardziej jeszcze udaje się w ten sposób pojąć naturę człowieka.

— Parabola jaskini
Jedną z historii starożytnych, która opowiada o człowieku jako chodziarzu, jest Platońska parabola jaskini. Sławna to opowieść. Pochodzi z IV w. przed Chrystusem, z wielkiego dzieła Platona pt. Państwo. Na początku VI księgi Sokrates powiada: przedstaw sobie naszą naturę ze względu na drogę, którą człowiek musi iść, by stać się tym, kim jest.

Wyobraź sobie – mówi Sokrates do swego rozmówcy – ludzi przykutych do ściany na dnie jaskini. Od urodzenia aż po śmierć zajęci są oglądaniem cieni rzucanych na przeciwległą ścianę jaskini przez różne przedmioty, które noszą ludzie chodzący ścieżką, wzdłuż muru oddzielającego jaskinię od reszty świata. Światło, które wpada do pieczary, pochodzi od ogniska, które płonie za kuglarzami noszącymi przedmioty. Ognisko, ludzie noszący przedmioty nad swoimi głowami, murek, wejście do jaskini, kajdaniarze i w końcu cienie na ścianie. Oto punkt wyjścia historii człowieka. To w tej scenerii człowiek stawia swoje pierwsze kroki.

Pewnego dnia jednemu z więźniów pękają kajdany. Odpięty od ściany, rozgląda się wokół, spogląda do góry, widzi u wyjścia z jaskini mur, nad którym tańczą przedmioty. Spogląda na ścianę, gdzie rzucane są ich cienie i zaczyna rozumieć, że te ostatnie są tylko zarysami tego, co jest na górze. Szuka drogi ku wyjściu. Ponieważ jego ciało nie jest przyzwyczajone do takiego wysiłku, odpada co rusz od ściany, kaleczy się, obija. Ale nie poddaje. Wspina się, używając do tego rąk i nóg. To pierwszy sposób chodzenia człowieka: ręce są jeszcze nogami. Wreszcie po wielu próbach udaje mu się wspiąć na samą górę i przeskakuje przez mur. Zamiast jednak odpowiedzi blask żywego światła słonecznego, które jest wszędzie, oślepia go niemal całkowicie. Nieprzywykły, gotów ukryć się na powrót w jaskini, nie mogąc jednak odnaleźć do niej wejścia, gubi się w świecie. Przychodzi na świat jako ślepiec. Wykluwa się z jaja ziemi i potrzebuje czasu nim zacznie widzieć pierwsze kontury rzeczy.

Mijają lata, o on przyzwyczaja się i widzi coraz więcej. Nabiera wprawy w widzeniu. Aż wreszcie przychodzi ten moment, w którym spogląda na świat szerokim spojrzeniem, a jego dusza napełnia się nieskończoną widzialnością tego, co jest. I widzi to wszystko w jego prawdzie. Jest wolny i szczęśliwy, i wydaje się być niemal równy jakiemuś bogu. Tyle że z dnia na dzień coś w nim pęka i staje się coraz posępniejszy. Czegoś mu brakuje, czego nic tu, na górze, nie jest w stanie zastąpić. I wszystko wskazuje na to, że zostało to na dnie jaskini. To współtowarzysze jego niedawnej niedoli. Chodzi tak przez pewien czas, nie zaznając spokoju, by wreszcie, pewnego ranka, postanowić odnaleźć wejście do pieczary i powrócić. Schodzi w dół. Ale jego oczy odzwyczaiły się widzieć w półmroku. Przemawia do swych współtowarzyszy, opowiada, co widział tam, na górze, ale mówi do nich niezrozumiałym językiem. Zbyt długo bowiem przebywał na obczyźnie. Ma inny akcent. Przekonuje ich, by zrzucili kajdany i poszli za nim. Ale oni mu nie ufają i – powiada Sokrates – prędzej go zabiją, niż za nim pójdą. Ot, taki gest obronny przed tym, kto wydaje im się szalony i do tego szaleństwa chce również i ich namówić. Historia ta doczekała się w ciągu tysiącleci wielu najprzeróżniejszych interpretacji. Jest to gotowy scenariusz wielu powieści i filmów. Nie będziemy jednak ich tu przywoływać. Zamiast tego spróbujemy odsłonić w skrócie zawarte w niej możliwości odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek i dlaczego o coś mu chodzi.

— Codzienność
Opowieść zaczyna się i kończy w jaskini. To ona jest centralnym miejscem całej historii. Czym jest jaskinia? Jak wygląda miejsce, w którym zaczyna się człowiek? O nie! To nie jest łono matczyne, jakże bowiem miałby człowiek po latach tam powrócić? Dawniej, gdy próbowano uchwycić człowieka w jego miejscu początkowym, widziano w nim od razu miejsce docelowe. Człowiek mianowicie widziany był przez pryzmat swojej rozumności. Jako przykład człowieka wyjściowego brano zawsze najlepszego z nas: księcia, mędrca, świętego, geniusza. Kto inny miałby reprezentować człowieka? Tymczasem punkt wyjścia, który jest zarazem punktem przeznaczenia, wygląda niepozornie, pozbawiony jest blichtru wielmożnego. To człowiek przeciętny, przechodzień, człowiek powszedni. Tak, jaskinia to nasza codzienność. O tym, jak niepozorna to rzecz, świadczy fakt, że potrzeba było przeszło 2500 lat myślenia, by uczynić codzienność tematem godnym namysłu. Czym jest codzienność? Trudność w uchwyceniu codzienności tkwi w jej niepozorności i wsobności. Sytuacja przypomina trochę próbę ujęcia nieświadomości. Ponieważ każde poznawcze ujęcie jest jakimś świadomym aktem, próba uchwycenia nieświadomości kończy się tym, że zamienia się ją w świadomość. Ale świadomość nie jest przecież nieświadomością! Podobnie gdy chcemy zapytać o codzienność, łatwo możemy wstawić w jej miejsce coś niecodziennego. Tak „niecodzienna” jest ta nasza codzienność! Każdy więc, kto chce oddać sprawiedliwość codzienności, stoi przed trudnym zadaniem. Trzeba za wszelką cenę pozwolić codzienności być codziennością. Dlatego nie możemy jej brać na spytki, ostentacyjnie przesłuchiwać, lecz powinniśmy raczej zająć jakieś miejsce, w którym nie będziemy przeszkadzać codzienności być tym, czym jest, ale też nie będziemy się na nią bezczelnie gapić.

— Buty
To, czym jest codzienność, wychodzi na jaw podczas codziennej sytuacji. Kiedy uczymy się języków obcych, po opanowaniu podstawowych czasowników przychodzi czas na zadanie pod tytułem „Opisz swoją codzienności”. Opis ten dokonuje się w taki sposób, że wyliczamy poszczególne czynności, które wykonujemy od rana do zmierzchu. Czynności, a więc nie rzeczy tudzież ludzi. Nie mówimy: łóżko, stół, łazienka, żona, dziadek, talerz, drzwi, ulica, samochód, komputer, obiad, kolega itd. Opisujemy poszczególne działania w pierwszej osobie: wstaję, jem, myję się, ubieram, żegnam, wychodzę, jadę, spotykam, pracuję, uczę itd. Czynności stoją w codzienności ewidentnie przed rzeczami i innymi ludźmi. Nie chodzi przy tym o pierwszeństwo chronologiczne, lecz prymat strukturalny, co do sensu. Właściwym budulcem naszej codzienności jest więc działanie. Różne mamy jego rodzaje, tak czy owak dopiero z działania, niejako na jego końcach wyłaniają się jego podmiot, środek i cel. Weźmy przykład dowolnego narzędzia. Każdy przedmiot jest tym, czym jest jako środek lub korelat naszego działania. Swój sens czerpie z tego działania, które pozwala mu stać się tym, czym jest, tzn. pełnić określoną funkcję. Chociażby buty. Zostały wytworzone z myślą o działaniu, jakim jest chodzenie. „Same w sobie” pojawiają się podczas działania nazywanego obserwacją. Gdy przypatrujemy się butom, naszą uwagę przyciąga kształt i tworzywo, z jakiego są zbudowane. Nie widzimy jednak funkcji. Tak oglądane buty mogą służyć do wielu rzeczy. Dajmy na to, że w bucie, który stoi w witrynie sklepowej, zamieszkał pająk i utkał sieć. Czy do tego właśnie służy but? Pająkowi z pewnością tak, wynika to bowiem wprost z jego działania. Dla nas jednak but jest wtedy butem, gdy można włożyć go na stopę i pójść w nim w nieznane. But staje się butem, gdy jest używany. Wówczas, jeśli po jakimś czasie dopasuje się do naszej stopy, tak że go właściwie nie czujemy i nie zwracamy na niego uwagi, staje się tym, czym jest. Zapominamy o nim, a on znika pod naszymi stopami. Pojawi się dopiero w chwili – tym razem jako niedobry but, a więc przedmiot wymagający szewskiej pasji – gdy pomiędzy jego materią a jego formą nastąpi pewne rozejście. Póki jest dobrym butem, panuje w nim zestrój i bytowa (butowa) harmonia. Niechże jednak tylko zacznie przemakać lub obcierać, a już się nieznośnie eksponuje i zaczyna być w centrum uwagi. Gdy but jest ostatecznie do niczego, może wprawdzie pełnić jeszcze inne funkcje, w których się schowa, niemniej nie jest to już wtedy but, lecz co najwyżej pewne wspomnienie buta. I tak ze wszystkimi innymi rzeczami, które tworzą naszą codzienność. Zresztą nie tylko dotyczy to rzeczy, ale także ich użytkowników. Działania, które wykonujemy nadają nam imię: kierowca, wykładowca, lekarz, prawnik, nauczyciel, student, sprzątaczka, cieśla itd. I ustawiają na drabinie społecznej.

— Działanie
Działanie jest przeto pierwsze. Z niego dopiero wyłaniają się rzeczy i ludzie. Ażeby bliżej scharakteryzować istotę działania, potrzeba niecodziennego namysłu, naturę którego i jego miejsce w codzienności przyjdzie nam jeszcze określić. Działanie jest pewną relacją, która wyprzedza co do sensu to, pomiędzy czym zachodzi. Jako relacja sytuuje się ona pomiędzy podmiotem działania i jego celem. Bycie-pomiędzy działania możemy określić odnosząc się do języka łacińskiego jako inter-esse. Działanie jest z natury inter-essowne: rozgrywa się pomiędzy. Tak właśnie przebiega nasza codzienność. Zanurzeni w świecie spraw codziennych, troszcząc się o chleb powszedni, jesteśmy swoimi działaniami, a to znaczy, że tylko w rzadkich chwilach odwracamy uwagę od świata i kierujemy ją na nas samych. Inter-essowność nie oznacza jeszcze egoizmu, jako że „nie ma” tych, którzy prezentowaliby swoje ego. Sprawne działanie idzie gładko, przebiega jako rutyna. Nurzając się w świecie spraw codziennych, zapominamy o sobie. To nie my działamy, lecz się działa. Jesteśmy w świecie, a to oznacza, że nie jesteśmy do końca „u siebie”, że jesteśmy nieustannie „poza nami samymi”. Owo bycie na zewnątrz samych siebie, bycie otwartym na świat, który wlewa się drzwiami i oknami naszej egzystencji, możemy też określić jako zewnętrzność. Ta ostatnia charakteryzuje owo bezpośrednie zaangażowanie, zażyłość i imersję, owo półświadome oddawanie się biegowi spraw, ludzką, arcyludzką krzątaninę…

— Czas
Owa zażyłość ze światem, więzi, które Platon przedstawiał jako kajdany, opisywaliśmy dotąd za pomocą metafor przestrzennych. Człowiek działa w określonych sytuacjach, które dzieją się w pewnym otoczeniu. Zwróćmy jednak uwagę na ów moment czasowy codzienności, który przebija się już w samym słowie ‘codzienność’ i ‘powszedniość’. Działamy nieustannie, po wsze dni. Jeśli chcemy określić czas codziennego działania, możemy oczywiście odwołać się do naszego kalendarza i zegarka i powiedzieć, że to lub tamto robimy o tej lub o tamtej porze. Zamiast tego spróbujmy uświadomić sobie najpierw, w jaki sposób doświadczamy czasu, kiedy sięgamy do naszego kalendarza lub zerkamy na zegarek. Jaka to potrzeba wtedy nami kieruje?

Istnieją co najmniej trzy podstawowe doświadczenia czasu, na kanwie których człowiek stworzył codzienne rachuby czasu. Po pierwsze, jest to doświadczenie czasu, w którym nie mamy czasu. Jesteśmy zajęci. Jest to czas pracy, podczas którego realizujemy swoje interesy. Po drugie, jest czas, w którym mamy czas. Jest to tzw. czas wolny. Powiązanie wolności i czasu musi się wydać czymś osobliwym. W przypadku zwierząt ich wolność określa się raczej poprzez swobodę ruchu w przestrzeni. Gdy człowiek zostaje uwięziony, zostaje mu najpierw odebrana wolność zwierzęcia. Nie może się swobodnie poruszać. Jeśli więzień nie musi pracować, także pozostałe jego doświadczenia czasu zostają zaburzone. Wprawdzie więzień nie musi pracować, czy oznacza to jednak, że może na koszt państwa cieszyć się przyjemnościami czasu wolnego? Z pewnością tak nie jest, o czym przekonuje fakt, iż doświadczenie czasu wolnego jest doświadczeniem nieograniczoności naszych wyborów. W czasie wolnym możemy robić, co chcemy. A tego więzień nie może. Okazuje się jednak, że wolność czasu wolnego także i nam nie daje prawdziwej wolności. Wciąż jest to wolność człowieka przykutego do ściany jaskini. Podczas czasu wolnego, możemy robić nie tyle, ile rzeczywiście tego byśmy pragnęli, lecz tyle, ile mamy możliwości. W czasie wolnym związani jesteśmy możliwościami. Zwłaszcza dzisiaj, w dobie techniki, staliśmy się zakładnikami możliwości. Tyle wolności, ile możliwości. Tyle posiadamy możliwości, ile posiadamy. Ergo: tyle mamy wolności, ile mamy. Jest to znana nam wszystkim logika codzienności. Chodzi o to, żeby najpierw mieć i na tej podstawie być. Człowiek daje rzeczom wolność, którą potem odbiera od nich jako własne możliwości. Jest to jednak fałszywy obraz wolności. Wolność nie zależy od możliwości i posiadania. Nie technologie są wolne, lecz ja jestem wolny i korzystam ze swej wolności dzięki możliwościom, które stwarzam. Można człowiekowi odebrać wszelkie możliwości, czy jednak można mu odebrać wolność, którą jest on w swej istocie? W jakim czasie doświadczamy jednak tej prawdziwej wolności?

Negatywnym doświadczeniem czasu wolnego jest nuda. Wiemy, jaką ważną rolę odgrywa w nudzie czas. Czas zwalnia, niemalże stoi, niestety nic się nie dzieje. Żadna możliwość, która jest pod ręką, nie zadawala nas. Nie ma niczego interesującego…

To doświadczenie nudy wskazuje na granice czasu wolnego. Poza nim jest jeszcze jedno doświadczenie czasu, które z perspektywy czasu wolnego najczęściej doświadczane jest jako nuda. Tym czasem jest święto. Dziś mamy do czynienia z upadkiem prawdziwego święta. Wydaje się, że przehandlowaliśmy święto na czas wolny. Jednak święto nie jest czasem dowolności, które karmi się dużymi prędkościami i wielkimi możliwościami, lecz czasem powolności i zatrzymania. Święto przypomina nieco czas pracy: nie możemy robić tego, co chcemy i nie chodzi o przyjemność. Święto jest też trochę jak czas wolny: działanie niczego nie wytwarza. Jednak święto nie jest ani pracą, ani odpoczynkiem. Nie celuje ono ani w realizację interesu, ani tego, żeby było interesująco. Charakteryzuje je swoiste działanie, które określa się mianem rytuału. Tylko ten, kto bierze udział w rytuale, kto się poświęca, prawdziwie świętuje. Rytuał to działanie, które ani niczego nie wytwarza, ani nie dba o przyjemność. Jest jakby działaniem, które zatrzymało się w sobie i nie dochodzi do celu. Jest działaniem, które stawia siebie jako działanie na pierwszym miejscu: przed działającym i tym, co zdziałane. Jeśli działanie scharakteryzowaliśmy jako inter-essowne, to rytuał jest działaniem bez-inter-essownym.

— Wyjście z jaskini: byt jako taki
Święto jest czasem powolnym. Powolność sugeruje najpierw tempo. Rytuał odbywa się w pewnym namaszczeniu, gest jest szeroki, wyraźny i niespieszny. Poza tym owa powolność sugeruje posłuszeństwo. Wolność czasu świątecznego nie polega na panowaniu nad możliwościami, lecz na posłuszeństwie czemuś, co nie jest w naszej mocy. Święto jest czasem niecodziennym. Jest wyrwą w codzienności, która daje nam możliwości – jeśli rzeczywiście świętujemy – na wyjście z jaskini. Ku czemu? Co jest punktem odniesienia każdego święta? Świąt jest wiele: są święta religijne, państwowe, rodzinne, osobiste. Mają one różny przebieg, charakteryzuje je jednak ten sam „przedmiot” kultu. Jest nim istnienie, to, że coś jest. Każde święto jest momentem przełomu, przekroczeniem granic (limes). Rytuał jest działaniem liminalnym, transowym, ekstatycznym. Świętuje się przejście między niebytem i bytem: narodziny, zmartwychwstanie, odzyskanie niepodległości, święto pracy, dzień kobiet, imieniny. Świętujemy sam fakt, że coś jest i nic poza tym.

Czym jest jednak istnienie? Czymś prawdziwie świątecznym, bo przekraczającym porządek rzeczywistości. Rzeczy są, ale sam ów fakt bycia nie jest żadną rzeczą. Jest spoza rzeczy, a jednak możemy o nim mówić tylko tak długo, jak długo rzecz jest. Istnienie jest poza granicami rzeczy, jest cudem, mimo to tak bardzo stapia się z rzeczą, że wydaje się nie być od niej niczym różnym. Jeśli już, to czymś najbardziej banalnym, oczywistym. Cóż prostszego niż to, że coś jest? I co z tym można począć? Istnienia nie da się ani sprzedać, ani kupić. Jest do niczego…

Jeśli filozofię określa się tradycyjnie jako naukę o bycie jako bycie, to wychodzi na to, że nie ma innych świąt niż święta filozoficzne. Gdy człowiek świętuje, jest filozofem. Gdy filozofuje, obchodzi święta. Gdy zwraca uwagę na istnienie, przekracza codzienność ku samemu bytowi, który Platon wiązał z zasadą widzialności świata (idee). Wprawdzie wydaje nam się, że to odwracanie uwagi od spraw codziennych dzieje się bardzo rzadko – ba, samo to, co niecodzienne, określa się nawet sporadycznością występowania czegoś w codzienności – to jednak trzeba powiedzieć, że ponieważ człowiek zawsze jakoś wie o tym, że wszystko to, co jest, jest, a nie nie jest, w związku z czym stale ma jakoś na uwadze owo bycie, stale ukradkiem na nie spogląda. Człowiek to istota świąteczna. Świętem jest jego bycie. Czy da się coś więcej powiedzieć na temat bytu? Doświadczenie bytu dane jest w działaniach rytualnych, które charakteryzują się bez-inter-essownością. Oznacza ona, że działania ma w sobie swój cel. Bezinteresowność ma wiele imion. Najczęściej kojarzone jest z pomaganiem innym. I rzeczywiście poświęcanie się na rzecz innych, poświęcanie swojej codzienności dla innych, jest działaniem przerywającym zaklęty krąg codziennej interesowności. W takim działaniu byt jawi się jako dobro. Ale znamy także inne działania bezinteresowne. To, co właśnie w tym momencie czynimy, a więc poznanie, namysł, poza tym wiara, twórczość artystyczna czy kontemplacja estetyczna zwracają nas w stronę bytu, któremu na imię prawda, świętość i piękno. Tworzą one świat ducha, ową wewnętrzność, do której powracamy z bycia na zewnątrz siebie. Zwierzę jest zawsze „tam”, tylko człowiek może powrócić. Poświęcając siebie takiego, jakim jesteśmy na co dzień, odzyskujemy Siebie w bycie wiecznym.

— Rehabilitacja codzienności
Nie jesteśmy jednak aniołami; nie nakarmi nas ani słowo prawdy, ani widok, choćby najpiękniejszy. Jak długo jesteśmy, jesteśmy na co dzień. I nawet święto jest naszą codziennością. Dlatego należy odpowiednio zrewidować nasze pierwsze spojrzenie na codzienność jako na bezrefleksyjną, nurzającą się w świecie krzątaninę.

Od początku bowiem nasza codzienność naznaczona jest duchem. Gdy w akcie poświęcenia dobru powracamy do codzienności, jest ona lepsza niż była. Realizujemy dobro, na kanwie którego powstaje rodzina, wspólnota, sąsiedztwo, nasza mała ojczyzna, kraina, społeczeństwo, państwo, człowieczeństwo. Gdy poznajemy i napełniamy naczynia codzienności prawdą, w świecie powstaje wiedza, a za nią wspólnota uczniów i nauczycieli, szkoły, uniwersytety, biblioteki, instytuty badawcze, technologie. Gdy odważamy się na akt wiary, którego nie można zamknąć w prostym „wierzę”, po stronie codzienności tworzy się religia, kościoły, wspólnoty wiernych, rytuały, dogmaty itp. Gdy wreszcie odnosimy się do piękna, na świat przychodzi sztuka i wszystko to, co jej towarzyszy. W ten sposób mamy do czynienia ze światem, który wszyscy znamy z własnego doświadczenia. Jest to świat od początku ludzki. Nie wszechświat, po którym krążą zimne planety i gorące słońca, nie środowisko życia roślin i zwierząt, ale świat człowieka pełen wartości, sensu i celów, świat pełen bytu. W ten sposób człowiek żyje w świecie, podróżując pomiędzy dwoma wymiarami, przekraczając siebie, siebie opuszczając i siebie odzyskując. Tym jest właśnie człowiek: drogą kolistą i zwierciadłem natury. Odbijając (reflexio) w codzienności świat ducha, nazywa siebie istotą refleksyjną.

Stąd płynie morał tej opowieści, że choć każdy, komu o coś idzie, jest człowiekiem, to jednak człowiek człowiekowi nierówny. Istnieją bowiem dwa idealne wzorce, pomiędzy którymi mieści się ogromne panoptikum postaw. Człowiek może mianowicie owo koło życia pokonywać na dwa sposoby. Ruch może być niewielki, skleszczony potrzebami i przyjemnościami, interesem i tym, co interesujące. Oto mały człowiek, który goni za własnym ogonem, kręci się w kółko, jak znerwicowane zwierzę. Ale człowiek może być również wielki. Ruch transcendencji jest wtedy zamaszysty i solenny. Obszary pozajaskinne okazują się rozległe i pełne przygód. Aż nie chce się wracać. Gdy już to nastąpi, w codzienności pojawiają się burze, a zwierzęta są dziwnie niespokojne… Starzy ludzie powiadają, że w takich chwilach spadają gwiazdy a dzieci zadają pytania…

Felieton Daniela Rolanda Soboty
Rysunek Kamil Kusy


Drukuj