Gdy obraz zaczyna żyć swoim życiem

O sztuce, pasji i pracy dydaktycznej rozmawiamy z prof. Aleksandrą Simińską – malarką i dydaktykiem na Wydziale Budownictwa, Architektury i Inżynierii Środowiska

E. L.: Czy jest Pani w stanie rozpoznać już na pierwszych zajęciach, który ze studentów ma talent?

A. S.: Po pierwszym rysunku już to widzę.

A. G.: Nie można się tego nauczyć? To się po prostu ma?

A. S.: Rysunku można się nauczyć, ale te minimalne zdolności trzeba posiadać. Dar rysowania mają nieliczni. Jednak talent, który nie jest podparty pracą, niewiele znaczy.

E. L.: Jaka jest rola nauczyciela akademickiego po „wyłuskaniu” tego talentu? Czy się go jakoś szczególnie prowadzi?

A. S.: Jest kilka płaszczyzn edukacyjnych. Dlatego wymagam, żeby wszyscy studenci byli obecni, robię korektę indywidualną w kontekście innych powstałych prac, ponieważ studenci uczą się także od siebie. Następnie – uczą się od mistrzów. Istotne jest oglądanie oryginalnych dzieł sztuki w muzeach, galeriach, na wystawach – współczesnych i dawnych. Na ile bowiem reprodukcja odzwierciedla oryginał? Jeśli dzieło ma wymiary 3 x 2 m, to mała jego reprodukcja pozwala doświadczyć zaledwie kilku procent przekazu oryginału. Moja rola to odkrywanie osobowości studenta, aby była ona zgodna z dziełem, jakie powstaje. Bazą dla architekta wnętrz są sztuki piękne, malarstwo, rysunek, rzeźba – oglądanie oryginałów – poznawanie kultury, historii sztuki.

E. L.: Ma Pani swoje ulubione muzeum w Europie, na świecie? Takie, które każdy, kto się zajmuje sztuką, powinien odwiedzić?

A. S.: Najwspanialszy obraz jest w muzeum Prado w Madrycie. To jest wybitne dzieło Velasqueza Las Meninas. Ma ono wymiary 3,2 x 2,8 m. Nawet posiadając ekskluzywny album z reprodukcjami, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jakich wrażeń doświadcza się podczas oglądania oryginału. Lubię muzea – zarówno te w Europie Zachodniej, jak i te w Polsce. Jednakże Metropolitan w Nowym Jorku ma wszystko: malarstwo europejskie, Egipt, Persję, starożytną sztukę koreańską, japońską, sztukę użytkową, itd.

A. G.: A w nawiązaniu do Pani malarstwa – jak mogłaby Pani scharakteryzować główne wątki w swoim malarstwie? Abstrakcja? Geometria? Zawieszenie między realnością a metafizyką? Symbolizm? Nawiązywanie do klasyków?

A. S.: Najtrudniej autorowi tłumaczyć się ze swoich obrazów. Teraz kończę serię obrazów z ogólnym tytułem „Aleppo”, których wyraz jest zrozumiały. Mam też cykl obrazów, które są dedykowane mistrzom: „Rozmowy z malarzami”. Wymienię tu Giotta, Lorenzettiego czy Piero della Francescę – malarzy renesansu, przez Caspara Friedricha – malarza niemieckiego romantyzmu, po Leona Wyczółkowskiego, który był dla mnie ważny, już jako licealistka biegałam do muzeum, inspirując się jego pracami.

E. L.: O czym pani z nimi rozmawia?

A. S.: Teraz mamy nowy język, ale nie można zapominać, że sam Wyczółkowski był również innowatorem. Podobnie jak impresjoniści – teraz uważamy ich obrazy za klasyczne, a oni przecież wywoływali swoją formą skandal. Próbuję włożyć swoją cegiełkę w historię sztuki. Interpretuję Wyczółkowskiego i robię to po swojemu, nie na klęczkach. Staram się twórczo przetwarzać.

A. G.: W wielu Pani obrazach motywem przewodnim jest pejzaż. Nawet w martwych naturach ten pejzaż jest gdzieś w tle umieszczony. Dlaczego?

A. S.: To jest coś, co mnie bardzo wcześnie zainteresowało. Na studiach mieliśmy trzy długie miesięczne plenery i bardzo się wciągnęłam w malowanie krajobrazu z natury. Zarówno w pracowni na Wydziale Sztuk Pięknych, jak i po studiach bardzo mocno eksplorowałam motyw pejzażu. Na mój dyplom składał się cały cykl pejzaży malowanych bezpośrednio w plenerze. Prof. Janusz Kaczmarski, który wywarł na mnie ogromny wpływ, dużą wagę przykładał do przestrzeni w obrazie. Korekta dotyczyła ustawiania pierwszego, drugiego, trzeciego planu, tworzenia złudzenia dużej odległości za pomocą koloru, światła, układu walorowego i struktury. I tu pejzaż wpisał się w sposób naturalny.

E. L.: Recenzenci zwracają uwagę na teatralność Pani kompozycji.

A. S.: Być może właśnie dlatego, że wyraźnie dzielę przestrzeń. Podczas przeprowadzania procesu habilitacyjnego pytano mnie nawet, czy nie chciałabym zająć się scenografią teatralną. W moim malarstwie jest zatem pewna scenograficzność.

E. L.: Patrząc na Pani obrazy, odnosi się wrażenie, że można by poumieszczać w nich postacie, które poruszałyby się między tymi dekoracjami.

A. S.: Gdy zaczęłam wprowadzać sztafaż w formie małych postaci, wówczas spostrzegłam, że obraz ożywia się, że coś zaczyna się dziać. I na tym mi właśnie zależy. Forma oczywiście nade wszystko, ponieważ jeśli coś jest nie tak w formie, to i treść nie pomoże. Dlatego bardzo długo pracuję nad obrazem, często przemalowuję moje prace. Obraz nie jest skończony, dopóki jest w mojej pracowni. Maluję warstwami, które dość długo wysychają, dlatego wykonuję równolegle kilka prac. Obraz o dużym formacie powstaje nawet przez pół roku.

prof siminska

A. G.: Wspomniała Pani o treści wpisanej w obrazy. Czy Pani prace mają jedną konkretną interpretację czy są raczej dziełami otwartymi?

A. S.: Myślę, że jest to dzieło otwarte w rozumieniu wielu sensów i nieskończoności – tak jak opisał to Umberto Eco. Odbiór dzieła zależy też od kultury, w jakiej się wychowujemy. Przecież „Ostatnia wieczerza” dla osoby pochodzącej z kultury islamskiej będzie obrazem przedstawiającym mężczyzn jedzących kolację. I nic poza tym. Dla nas wywodzących się z kręgu kultury chrześcijańskiej dzieło to ma konkretny przekaz. Myślę, że w przypadku moich obrazów nie mam wpływu na interpretację – obraz zaczyna żyć swoim życiem. To, że malując go, miałam coś konkretnego na myśli, a odbiorca odczyta coś zupełnie innego, jest naturalne.

A. G.: Pracuje Pani bardzo intensywnie. W Pani artystycznym CV widnieje uczestnictwo w przeszło 50 wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą. Skąd czerpie Pani inspiracje do pracy artystycznej? Dzięki czemu to źródło nie wyczerpuje się, nie następuje wypalenie zawodowe?

A. S.: Źródła inspiracji są trzy: pierwsza jest natura, potem wyobraźnia (oparta na naturze), a następnie twórczość innych malarzy. W myśl hasła „sztuka karmi się sztuką”. Vincent van Gogh, zainspirowany twórczością Milleta, powtórzył te same kompozycje tylko tą swoją specyficzną kreską malarską. Z kolei van Gogha interpretował twórczo Bacon. Wielu malarzy ma w swoim dorobku artystycznym interpretacje innych malarzy. Jest to bowiem zachwyt sztuką. Malarze oglądają z uwagą obrazy innych twórców. Jeśli zaś chodzi o treści, to zdarza się i literatura, np. Eurypides, a także wydarzenia, które mną poruszają, jak i życie wewnętrzne.

E. L.: Na co zwracają uwagę malarze oglądający dzieła swoich kolegów?

A. S.: Ja szukam związków ze swoim malarstwem. Czasem, gdy na wystawie widzę obrazy kompletnie nieudane, wychodzę przygnębiona i tracę wiarę w wartość również swojego malarstwa. Innym razem, gdy oglądane dzieła wydają się być wspaniałe, jestem uskrzydlona i pełna wiary, że to wszystko ma sens. Szukam tego – nawet w nieuświadomiony sposób – co jest mi bliskie, co zawiera się i w mojej twórczości.

A. G.: Jak łączy Pani pracę dydaktyczną z pasją? Czy obowiązki wykładowcy nie zaburzają pracy twórczej?

A. S.: W Olsztynie miałam swoich dyplomantów i duży wpływ na efekt końcowy pięcioletnich studiów. Na UTP mój przedmiot jest pomocniczy, ale bardzo ważny, ponieważ uważam, że architekci wnętrz powinni być wrażliwi na sztukę; muszą mieć na nią wyczulone „oko”. Budowa obrazu jest jak kompozycja dobrego wnętrza. Wszystko musi mieć swój sens. Chodzi nie tylko o funkcję, ale i o kontrast, strukturę, światło. Poza tym wyjście z pracowni, rozmowy z młodymi ludźmi sprawiają, że widzę, co nowego się dzieje. Mój rozwój artystyczny przekłada się na dorobek naukowy. Większość artystów, których znam, pracuje na uczelniach. Daje to pewną niezależność.

E. L.: Czy zdarza się tak, że studenci Panią zaskakują? Jeśli tak, to czym najczęściej?

A. S.: Kiedy pracowałam w Zakładzie Wzornictwa (jestem współtwórcą tego kierunku), na pierwszy rok przyjęliśmy około 60 osób – rekrutacja odbyła się bez egzaminu, aby zachęcić do studiowania nowego kierunku. Był naprawdę duży entuzjazm. I choć kandydaci byli „surowi”, czułam, że mają pasję i chęć do ciężkiej pracy. Kilka osób zrobiło ogromny postęp, przewyższając umiejętnościami nawet osoby profesjonalnie przygotowane po liceum plastycznym. Teraz kilka z nich pracuje na stanowiskach asystentów na Architekturze wnętrz i Wzornictwie. Podstawą jest zatem pracowitość i systematyczność, a także dobry nauczyciel, który nie tłamsi, ale porywa w stronę sztuki, przekazuje swój zapał.

A. G.: Jakie ma Pani plany na najbliższą przyszłość?

A. S.: Przygotowuję się teraz na wystawę indywidualną, która będzie miała charakter retrospektywny.

A. G.: Jaka będzie tematyka wystawy?

A. S.: Układ wystawy jest pracą kuratora i artysty. Jeszcze nad tym pracujemy. Na pewno jeden poziom to będą obrazy dedykowane malarzom. Chcę, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Wydaje mi się, że moje obrazy zawierają przekaz. Malując je, nadaję pewien komunikat. Jeśli odbiorca ten komunikat odczytuje, to jest cudownie. Najgorsza jest obojętność, brak emocji.

E. L.: Życzymy zatem, aby na najbliższej wystawie nikt nie przeszedł obojętnie wobec Pani obrazów. Dziękujemy za rozmowę.

rozmawiały: Aleksandra Górska, Ewa Lewandowska
zdjęcia: Ryszard Wszołek, Edgar de Poray


Drukuj