Prometeusz, Faust i Frankenstein

Wynalazczość, kreatywność, innowacyjność – wszystkie te określenia stały się od pewnego już czasu wyznacznikami nowoczesnego społeczeństwa, w którym dzięki trwałemu postępowi życie jednostki i zbiorowości ma szansę na realizację odwiecznych marzeń człowieka o byciu zdrowym, długowiecznym, szczęśliwym i spełnionym.

 

Dlaczego jednak właśnie to one stanowią wykładnik szans osiągnięcia najwyższych celów, do jakich dąży człowiek? Dlaczego sztuka wynajdywania, definiowania i rozwiązywania problemów uznawana jest za najlepszy sposób, aby w skali życia jednostki, społeczeństwa czy wreszcie całej ludzkości doprowadzić człowieka do stanu globalnej szczęśliwości? Jakie historyczno-filozoficzno-kulturowe założenia i rozstrzygnięcia kryją się za tą wiarą powszechną? I czy w świetle technologicznego postępu, z którym człowiek wiąże swe wielkie nadzieje, rzeczywiście nie ma już żadnego sensu poszukiwanie jakichkolwiek alternatyw?

Wydaje się, że wejście na ścieżkę postępu naukowo-technologicznego, który zaczął się w czasach prehistorycznych od poszukiwań rekompensaty ubogiej, fizycznej natury człowieka i o którym opowiada mit o Prometeuszu, w przeciągu kilku ostatnich stuleci przeobraziło naturalne nastawienie człowieka do świata jego życia do takiego stopnia, że o wiele bliższy jest mu raczej mit Fausta, sprzedającego swoją nieśmiertelną duszę za cenę całkowitego zaspokojenia głodu wiedzy. Historia kultury Zachodu, która przyjęła obecnie postać kultury naukowo-technologicznej, jest drogą od mitu Prometeusza do mitu Fausta, jednak wszystko na to wskazuje, że za sprawą totalnego panowania techniki ostatnim słowem tej cywilizacyjnej epopei będzie mit o „nowym Prometeuszu” – jak go nazwała autorka sławnej powieści Mary Shelley – znanym jako Victor Frankenstein.

Lepsze wrogiem dobrego

W jednym z dialogów pt. Protagoras Platon opowiada mit o Prometeuszu i jego bracie Epimeteuszu, którzy otrzymali od bogów zadanie wyposażenia wszystkich stworzeń w niezbędne do przeżycia cechy. Epimeteusz rozdał wszystkie zdolności zwierzętom, pozostawiając człowieka nagim i bezbronnym, widząc to Prometeusz postanowił wykraść Hefajstosowi ogień, a Atenie – mądrość, i obdarzyć nimi człowieka – za co, jak wiadomo, spotkała go później kara.

Życie człowieka na ziemi nigdy nie było usłane różami. Od zarania dziejów każda jednostka i każda zbiorowość musiały wykuwać swój byt, zmagając się z różnego rodzaju trudnościami. Na pewno od samego początku najwięcej trosk przysparzała człowiekowi przyroda. Równocześnie na pewnym etapie rozwoju prehistorycznego coraz bardziej dawały o sobie znać troski związane z życiem we wspólnocie. W pierwszym obszarze, tj. obszarze życia przyrodniczego, konieczność każdorazowego radzenia sobie z trudnościami brał na siebie instynkt, a więc pewien wzorzec i siła motywująca do określonych zachowań w dość przewidywalnych sytuacjach. W drugim obszarze, czyli w dziedzinie życia społecznego, strategia każdorazowego rozwiązywania problemów pochodziła z „wiedzy przodków”, a więc z przynależności do tradycji, z wierności obyczajom i zwyczajom, z powtarzania utartych, uznanych za wzorcowe schematów działania. Drogą socjalizacji jednostka nabywała wiedzę i umiejętności, które dotyczyły problemów, występujących zarówno w dziedzinie życia codziennego, jak i sytuacjach bardziej niecodziennych.

I tak to trwa już od setek tysięcy lat. Od wieków ludzkość zmagała się z tymi samymi problemami. Po dziś dzień są to przede wszystkim problemy, które człowiek podziela z innymi przedstawicielami świata zwierząt. Nigdy przecież nie chodziło ostatecznie o nic innego, jak o zdobycie pożywienia, ochronę przed drapieżnikami i wrogami, o schronienie przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi, o znalezienie partnera seksualnego i opiekę nad potomstwem. Pomiędzy tymi troskami, które związane były z realizacją zwykłych funkcji życiowych, znajduje się czas na sen i odpoczynek. W ten sposób przebiega życie zwierząt i ludzi, których cały ten trud jest niestety skazany z góry na „porażkę”. Jedynym celem jest to, aby jak najdłużej odwlec ów moment kapitulacji, pozostać przy życiu i nie dać się śmierci.

Te związane z naszą zwierzęcą kondycją walki o przetrwanie wymuszały na człowieku tworzenie coraz to nowych narzędzi adaptacyjnych. Kontynuując „ewolucję twórczą” przyrody, która trwa już miliony lat i której owocem jest nieprzebrane bogactwo różnych form i zachowań istot żywych, człowiek stworzył i tworzy własne środowisko życia, nazywane kulturą. Po dziś dzień nie wiadomo, dlaczego istota ludzka wstąpiła na tę drogę własnej twórczości, dlaczego nie pozostała w okowach przyrody i zaczęła kreować swój własny, niezależny od warunków naturalnych, świat. Badania archeologiczne i etnograficzne świadczą o tym, że odpowiedzi człowieka na trudności związane zarówno z biologicznym przetrwaniem, jak i życiem wśród jemu podobnych, mają we wszystkich miejscach na ziemi wiele wspólnych cech. Tworzenie narzędzi, które pomagają w pokonywaniu trudności, dostosowane jest przede wszystkim do możliwości i kształtów ludzkiego ciała. Młotki, siekiery, noże, liny, ubrania etc. – wszystkie tzw. prymitywne narzędzia, gdziekolwiek byśmy ich nie spotkali, mają wszędzie podobny kształt i funkcję. Ale także pierwsze domy, groby, miejsca kultu, stanowiska łowieckie etc. budowane są najpierw według biologicznych potrzeb i możliwości ludzkiego organizmu. Nie inaczej jest zresztą w przypadku działań społecznych oraz rytualnych, które wykraczają znacząco poza repertuar zachowań czysto naturalnych. Pomimo bogactwa szczegółów, istnieje długa lista zachowań społecznych, a także ruchów i gestów rytualnych, które da się odnaleźć w większości kultur. Za każdym razem ich celem jest zabezpieczenie jednostki i zbiorowości przed trudem każdorazowego wynajdywania nowych strategii radzenia sobie z problemami życia codziennego, które w przypadku człowieka – jako istoty naznaczonej brakiem (Mangelwesen) – nie dają się rozwiązać drogą zachowań czysto instynktownych. Pomimo niesamowitej wręcz, patrząc z perspektywy pozostałych gatunków, kreatywności, jaką człowiek wykazał się walcząc o przetrwanie, raz ukształtowane wzorce zachowań, umiejętności i formy narzędzi mają bardzo stabilny żywot i nie podlegają – czasami przez tysiące lat – niemal żadnym istotnym modyfikacjom. W każdej kulturze istnieje wręcz obowiązek, często wsparty boskim autorytetem, jak najwierniejszego odtwarzania istniejących praktyk. Zmiany mają charakter kontrolowany (np. rytuały przejścia), a każda indywidualna „innowacyjność” w obrębie zachowań społecznych czy działań wytwórczych postrzegana jest raczej negatywnie, jako zagrożenie istniejącego porządku.

Sytuacja diametralnie zmienia się w okresie historycznym, który Karl Jaspers nazwał czasem osiowym. Było to około VI-IV w. p.n.e. To w tym okresie w wielu zakątkach ziemi rodzą się ruchy kulturowe, które w zupełnie nowy sposób podchodzą do kwestii kształtowania człowieka. „Tę całościową przemianę bytu ludzkiego – powiada Jaspers – można nazwać uduchowieniem. Rozluźnieniu ulega niekwestionowana więź z życiem; spokój biegunowości ustępuje miejsca niepokojowi przeciwieństw i antynomii. Człowiek nie jest już bezpiecznie zamknięty w sobie. Staje się siebie niepewny, a tym samym otwarty na nowe, bezgraniczne możliwości” (K. Jaspers, O źródle i celu historii, tłum. J. Marzęcki, Kęty 2006, s. 19). Można by powiedzieć, że ów okres fermentu oznacza inaugurację historii człowieka, której my, dzisiaj żyjący, jesteśmy bezpośrednimi spadkobiercami. Następuje wówczas powolne przyspieszanie czasu, co odczuwane jest jako postępująca różnica między tym, czego człowiek doświadcza, a tym, czego oczekuje (R. Koselleck). O ile wcześniej, w epoce prehistorycznej, człowiek najczęściej chciał się dostosować do istniejącego świata i w tym celu tworzył narzędzia, pozwalające uzupełnić, wzmocnić lub zastąpić jego biologiczne słabości, o tyle w czasie historycznym, a więc w okresie następującym po czasie osiowym, rozwijająca się kultura wykazuje zgoła odmienną wolę. Nie tyle człowiek chce się dostosować, co chce tworzyć rzeczywistość niejako na nowo, od podstaw, wedle własnych wizji i potrzeb, z których tylko niewielka już część związana jest z życiem ściśle biologicznym. To właśnie w tym czasie, patrząc z perspektywy losów świata, zaczyna się wielki „pochód ducha”, zmieniający oblicze tej ziemi. W porządku życia codziennego, jego obyczajów i zwyczajów, w porządku życia społecznego, politycznego, ekonomicznego, słowem, we wszystkich niemal dziedzinach życia ludzkiego zaczyna się wielki, trwający kolejne stulecia etap gruntownego przeobrażania wcześniej istniejącego porządku. Jest to jakby okres „permanentnej rewolucji”, nieustającej innowacji, nieskończonej kreatywności, za pomocą której człowiek tworzy niespotykany nigdy wcześniej świat materialnej i duchowej kultury. Już nie wierność tradycji, bezrefleksyjne powtarzanie utartych wzorców, bierne obserwowanie i naśladowanie istniejących zachowań, lecz tworzenie nowych umiejętności, narzędzi, sposobów rozwiązywania trudności stanowi o sukcesie ewolucyjnym człowieka. Faktem jest, że potrzeba było jeszcze dwóch tysięcy lat od nastania epoki czasu osiowego, aby dzieje weszły na ścieżkę przyspieszenia, mierzonego wzrostem wykładniczym. Okres, w którym to następuje, nazywamy nowoczesnością.

Więcej, mocniej, szybciej!

Nowoczesność jest epoką, która bardzo szybko uzyskała samoświadomość, podkreślając jako najważniejszą cechę swojej odrębności przede wszystkim to, że jest właśnie czymś nowym, że w nowości tkwi jej element wyróżniający, że jest ona – wbrew wcześniejszym epokom – czasem doszacowania nowości jako wartości. Epoka nowożytna jest panowaniem „patosu radykalnego nowego początku” (Wolfgang Welsch). O ile wcześniej każda nowość była uznawana za potencjalnie niebezpieczną, w nowoczesności oczekuje się na nią z otwartymi ramionami, widząc w niej przede wszystkim szansę na przekroczenie dotychczasowych ograniczeń. Prawdziwa nowość może pojawić się tylko tam, gdzie mamy do czynienia z przerwaniem łańcucha konieczności, z „wybrykiem”, czymś nieumotywowanym i niewytłumaczalnym, z działaniem bez wystarczających podstaw, niesłychanym, nieprzewidywalnym i zaskakującym.

Prawdziwa nowość nie może być tylko skutkiem czy efektem stosowania określonych reguł. Nie działa tutaj prawo serii. Gdyby tak było, jej wystąpienie musiałoby być jakoś wpisane w to, co ją wyprzedza, a więc w to, co stare. Kategoria nowości przywołuje cały wachlarz pojęć, które konstytuują ducha nowej epoki. Z afirmacją nowości idzie w parze pojęcie możliwości: wybór dokonuje się zawsze pomiędzy czymś a czymś. W nowoczesności możliwość zaczyna być oceniana wyjątkowo pozytywnie: bardziej jako szansa niż zagrożenie. To właśnie myślenie w kategoriach możliwości pcha Europejczyka kilku ostatnich stuleci do odkrywania nowych lądów i poszukiwań tego, co nieznane w obrębie nauki, religii, polityki, gospodarki i sztuki.

Z kultem nowości i możliwości idzie w parze apoteoza wolności. Wolność polega bowiem na niczym nieskrępowanym zaczynaniu od nowa. Wolność jest początkiem, a przez to immanentną zasadą nowości i postępu. Z tym wiąże się afirmacja twórczości, albowiem to ona jest matką nowości. Te zaś są najbardziej spektakularne nie w dziedzinie teoretycznych zainteresowań, ale w obszarze technicznych wynalazków i geograficznych odkryć. Nie życie kontemplacyjne, życie oddane modlitwie czy życie poświęcone organizacji państwa, ale życie twórcze, aktywne, życie rzemieślników, odkrywców, artystów i inżynierów realizuje prawdziwe człowieczeństwo i najbardziej przyczynia się do budowania nowej epoki. Franciszek Bacon pisał: „dokonywanie znakomitych wynalazków zajmuje pierwsze miejsce wśród ludzkich czynności.(…) Dalej, wynalazki to jakby nowe akty stwórcze i naśladownictwo dzieł Bożych” (Bacon, Novum Organum, tłum. J. Wikarjak, Warszawa 1955, s. 157-158). Człowiek twórczy naśladuje działalność Boga w momencie stworzenia świata. Trzy najważniejsze wynalazki, mianowicie druku, prochu strzelniczego i busoli morskiej „zmieniły całkowicie oblicze rzeczy i stosunki na świecie” – kontynuuje Bacon (tamże, s. 159). Takiemu aktywnemu modelowi życia ludzkiego służy Reformacja, podkreślająca wartość pracy.

Tym samym też zmienia się sposób rozumienia sztuk i nauk, które stanowią główną siłę napędową nowej epoki. Wraz z odrodzeniem klasycznych wzorców piękna wzrasta świadomość, że takie sztuki – które od XVIII wieku zaczną się nazywać „sztukami pięknymi” – jak malarstwo czy rzeźbiarstwo – mimo że są sztukami, do wykonywania których potrzebna jest praca rąk – wymagają wiedzy matematycznej. Podobnie dla opanowania pozostałych sztuk pospolitych niezbędne jest pozyskanie wiedzy matematycznej i mechanicznej. Przedawnieniu ulega starożytne i średniowieczne przeciwstawienie sztuk wyzwolonych i sztuk mechanicznych. Do sztuk wolnych zostaje zaliczona poezja oraz malarstwo, architektura i rzeźbiarstwo. Wystarczy tu przywołać wszechstronne zainteresowania Leonarda da Vinci, aby uzmysłowić sobie nową ocenę wartości ludzkiej działalności. Efektywność i użyteczność wyników rodzących się z nowego sposobu podejścia do możliwości zdobywania wiedzy rozsadzają dawny prymat wiedzy opartej na spekulacji. Okazuje się, że dotychczas pogardzany rzemieślniczy i techniczny sposób podejścia do rzeczy jest poznawczo bardziej skuteczny. Poznanie rzeczywistości nie polega na biernym przyglądaniu się jej, ale wymaga jej przetwarzania i manipulacji. Stąd bierze się afirmacja eksperymentu. Wymaga on pracy fizycznej i inwencji. Skonstruowanie czegoś, a następnie wytworzenie tego, jest jednoznaczne z poznaniem praw jego działania. Postuluje się, aby uczeni, którzy te prawa opisują i porządkują pracowali razem z rzemieślnikami w jednych warsztatach. Zdobywanie wiedzy nie jest już, jak wcześniej, samotnym, intelektualnym wysiłkiem wybitnej jednostki, ale wspólną pracą wielu często przeciętnych osób, które mają do wykonania określone zadania.

Niewątpliwie jednak obszar działalności technicznej nie byłby tak postępowy, gdyby nie wybijające się w tym okresie nowe idee filozoficzne. To właśnie za sprawą dzieł Kopernika, Keplera, Galileusza, Kartezjusza, Pascala czy wreszcie Newtona dokonuje się przejście od starożytnego i średniowiecznego modelu wiedzy do modelu wiedzy naukowej. W poszukiwaniu metafizycznych podstaw dla nowej nauki – tzw. mathesis universalis – Kartezjusz dokonuje rozdzielenia substancji duchowej i substancji rozciągłej. Substancja rozciągła jest oczyszczonym z wszelkich jakości zmysłowych, opisywalnym za pomocą operacji matematycznych bytem naturalnym. Tym samym świat ludzkiego ducha zostaje oddzielony od świata przyrody i pozostawiony do dyspozycji filozofii, która teraz zajmuje się głównie problemami ludzkiego poznania. Dzięki pracom wspomnianych autorów powstaje teoria nowego sposobu uprawiania wiedzy. Pojawia się nowe rozumienie jej źródeł, zakresu, metody i przedmiotu. Unaukowiony świat traktowany jest jako mechanizm, którym rządzą opisywane językiem matematyki, powszechne i konieczne prawa. Nie czysto dedukcyjne wyprowadzanie twierdzeń z zasad ogólnych, ale stawianie dotyczących przyczyn hipotez i ich empiryczna, prowadzona drogą eksperymentu, weryfikacja, stanowią o poznawczej wartości i użytkowej efektywności nowego rodzaju wiedzy. Albowiem charakterystyczny dla nauk sposób podejścia do rzeczy zrodził się nie z czysto teoretycznych, oderwanych od świata rozważań, ale z trudnego dialogu między arytmetyką, geometrią, astronomią i filozofią przyrody a praktycznym, regulowanym zasadami pracy rzemieślniczej, kontaktem z rzeczami.

Tej „mechanizacji obrazu świata” – powiada Hans Baumgartner – tyleż przewodzi zainteresowanie autonomią człowieka, co i odwrotnie, ona sama powoduje jej ciągły rozwój oraz ją gwarantuje” (Baumgartner, Rozum skończony, s. 14). Tak więc przedstawiany przez naukę mechaniczny obraz świata koresponduje – przynajmniej na początku – z pojęciem ludzkiej wartości. Zgodnie ze wspomnianym rozróżnieniem Kartezjusza nowa nauka, badając tylko to, co materialne, pozostawia zrazu filozofii, rozumianej przede wszystkim jako teoria poznania, badanie ludzkiego ducha. Szybko jednak z filozofii wypączkowują kolejne nauki, które rozdzielają pomiędzy swoje specjalizacje całość wiedzy o człowieku jako bycie nie tylko materialnym. W ten sposób w XIX wieku powstają tzw. nauki humanistyczne: filologia, psychologia, socjologia, ekonomia, pedagogika, kulturoznawstwo itp., które wraz z naukami przyrodniczymi obejmują swym spojrzeniem całość bytu.

Wydaje się jednak, że dość szybko – pomimo administracyjnej legitymizacji – ów podział nauk ulega rozmyciu. Albowiem pomimo walki o własną tożsamość, która przejawiać by się mogła w swoistości podejścia, metod, pojęć etc., nauki humanistyczne coraz bardziej zmuszone są – jeśli chcą być w ogóle naukami – upodabniać się do nauk przyrodniczych. A to związane jest niestety z koniecznym uprzedmiotowieniem rozumienia człowieka, z którego czyni się m.in. materiał ludzki, zasoby ludzkie i potencjał ludzki, mogący stać się odpowiednio spreparowanym obiektem badania, zarządzania, organizacji i planowania. Jak pisze Jürgen Habermas: „Stworzona niegdyś przez naukę możliwość technicznego rozporządzania naturą została dzisiaj rozszerzona bezpośrednio na społeczeństwo. Nad każdym dającym się wyodrębnić systemem społecznym, każdą usamodzielnioną dziedziną kultury, której relacje można analizować immanentnie, jeśli założy się cel systemu, niejako nadbudowuje się nowa dyscyplina nauk społecznych. Jednakże rozwiązane naukowo problemy technicznego rozporządzania przemieniają się w liczne problemy życiowe, gdyż naukowa kontrola nad przyrodniczymi i społecznymi procesami, a więc jednym słowem – technologie, nie zwalniają ludzi z działania” (J. Habermas, Teoria i praktyka. Wybór pism, tłum. M. Łukasiewicz i Z. Krasnodębski, Warszawa 1983, s. 363).

Wraz z dominacją naukowego obrazu świata i przeniknięciem powstałych na jego kanwie technologii do wszystkich obszarów codzienności życie ludzkie stało się splotem niezliczonej wręcz ilości problemów, które wymagają nieustannego technicznego diagnozowania i rozwiązywania.

Epoka problemów i kreatywności

Opisane wyżej zmiany historyczno-filozoficzno-kulturowe skutkują nowym podejściem do rzeczywistości nie tylko na poziomie nauki, ale dotyczą wszystkich aspektów życia ludzkiego.

Żyjemy w epoce problemów. Myślenie w kategorii problemu opanowało w XX w. niemal wszystkie dziedziny życia – począwszy od osobistych doświadczeń i codziennej praktyki, przez politykę, aż po naukę, filozofię i religię. To pojęcie, które wcześniej zarezerwowane było dla obszaru wiedzy teoretycznej, obecne od czasów starożytnych zwłaszcza w matematyce (Proklos), przeniknęło w XIX wieku do codziennej świadomości i stało się wkrótce powszechnym schematem myślowym, określającym bez reszty świadomość i samoświadomość człowieka. Związane jest to z opisanym wyżej nowożytnym rozwojem nauk i postępem technicznym. Przetaczające się przez Europę ostatnich dwóch stuleci wielkie przemiany natury społecznej, politycznej i ekonomicznej rozpatrywane są jako problemy: problemy socjalne, problemy pracy, problemy gospodarcze, narodowościowe, klasowe, religijne, problemy władzy, problemy szkolnictwa, historii, problemy mniejszości, emigracji, kobiet i ubóstwa itd. Ludzie patrzą na swoje życie jako na splot problemów. Począwszy od problemów natury osobistej, służbowej, zdrowotnej, psychicznej, emocjonalnej itd., a skończywszy na wielkich problemach egzystencjalnych, światopoglądowych i metafizycznych. Przeznaczeniem organizacji społecznych i instytucji politycznych jest wspieranie ludzi w codziennej walce z problemami. Znane z mowy potocznej powiązanie bytu (w sensie mozolnie walczącej o przetrwanie ludzkiej egzystencji) z rozwiązywaniem dziesiątków problemów, można śmiało przetransponować na język metafizyki i powiedzieć, że byt jako taki stał się dziś Problemem.

Ważne jest, aby zrozumieć, na czym polega myślenie w kategoriach problemu. Problem jest w całości zorientowany na rozwiązanie i ma sens tylko o tyle, o ile pojawia się w ramach pewnej sieci teoretyczno-praktycznych powiązań. Przedstawia on pewną alternatywę, która domaga się rozstrzygnięcia wedle określonej normy. To, jak ma być, jest znane i pożądane, nieznane są jedynie drogi dojścia do rozwiązania, które, gdy zostają odkryte, unicestwiają problem, czynią go nieaktualnym. Rozwiązanie problemu musi być zawsze rozwiązaniem właściwym, tzn. zgodnym z naszymi oczekiwaniami. Problematyczność problemu jest przeszkodą, która leży na drodze do jego rozwiązania. To ostatnie polega z reguły na odkryciu jakiejś metody; dlatego problem ma charakter zgoła techniczny. Początkowo „problemy” występowały tylko w języku nauki, potem – wraz z dominacją tej ostatniej – zaczęły „pojawiać się” w innych obszarach kultury.

Żyjemy w epoce problemów. Ale żyjemy też w epoce kreatywności. Jak niemal każda podejmowana przez człowieka aktywność jest próbą rozwiązania jakiegoś problemu, tak niemal każdą z nich można śmiało określić jako działanie kreatywne. Przez twórczość rozumie się dziś umiejętność znajdowania i rozwiązywania problemów. Wymaga ona inwencji i podejścia technicznego, dlatego też nastawienie twórcze właściwie jest tym samym, co nastawienie inżynierskie. Ponieważ żyjemy w epoce problemów, imperatyw bycia twórczym, kreatywnym czy innowacyjnym, stał się dziś jednym z najważniejszych zobowiązań, jakie stawia się zarówno jednostce, jak i zbiorowości. W pojęciu kreatywności skupiają się najbardziej cenione atrybuty życia spełnionego. Pojęcie kreatywności, które wcześniej zarezerwowane było tylko dla Boga, zaczęło być u progu nowożytności używane w kontekście najpierw artystycznej działalności człowieka, a potem także każdej innej, obejmując coraz szersze spektrum ludzkiego działania. Dziś mówi się o twórczości nie tylko w sztuce, ale także w nauce, technice i gospodarce. Pojęcia kreatywność i innowacyjność nie tylko charakteryzują pewne zachowanie, ale stały się kategoriami socjologicznymi i ogólnokulturowymi.

Potwierdzają to głośne badania Richarda Floridy, według którego jesteśmy obecnie świadkami „narodzin klasy kreatywnej”, która już teraz stała się wiodącą siłą „przeobrażania świata”. Znany paradygmat zmian cywilizacyjnych, mówiący o przejściu od cywilizacji węgla i stali do cywilizacji wiedzy, stał się opisem tego, co miało już miejsce. Klasa kreatywna zastępuje klasę robotniczą, która niegdyś wyparła klasę burżuazyjną. Dlatego mówi się dziś o erze kreatywnej, o cywilizacji i gospodarce kreatywnej. Są one pozytywnym efektem „ery dobrobytu”, skutkiem przejścia z nieustannego zatroskania o przetrwanie do realizacji potrzeby „wyrażania siebie”. Kreatywność jest wieloaspektowa i pokrywa się z przedstawionymi przez Jona McKenziego rodzajami performansów: kreatywność może mieć postać technologiczną (wynalazczość), gospodarczą (przedsiębiorczość) i artystyczno-kulturalną (twórczość).

Ponieważ w dobie panowania techniki każda działalność człowieka, w tym i twórczość, może ulec technicznemu wspomaganiu i organizowaniu, coraz częściej w podejściu do występujących w różnych obszarach życia problemów stosuje się metody o charakterze technicznym. Tak jak wszystko inne, twórczość można zdefiniować jako proces wytwarzania pewnych rozwiązań, który dzieli się na odcinki, mające określone funkcje i zadania. W ten sposób to, co niegdyś było domeną Boga, później najwybitniejszych artystów, by na końcu stać się powszechnym wyrazem specyficznej istoty człowieka jako takiego, staje się zaprogramowaną, możliwą do algorytmizacji, działalnością wytwórczą, którą można organizować i zarządzać z poziomu instytucji, a biorących w niej udział „twórców” zatrudniać jako etatowych pracowników w wielkich zakładach naukowo-przemysłowych.

Gdy za panowania nauki i techniki życie jednostki i zbiorowości staje się splotem problemów, który wymaga mobilizacji wszystkich technicznych sił wytwórczych, gdy człowiek i jego świat staje się materiałem i tworzywem obrabiania, zarządzania, przekształcania, modelowania, porządkowania, planowania etc., kolejnym etapem historii życia człowieka – który na tle wyżej zarysowanych dziejów jest etapem „logicznym” i „koniecznym” – jest przezwyciężenie jego naturalnych ograniczeń i stworzenie człowieka-maszyny, mechanicznej istoty człekokształtnej, tj. cyborga. O ile w micie faustowskim bohater sprzedaje duszę za dostęp do Prawdy i Wielkiej Sztuki, o tyle w micie o Frankensteinie chodzi o ożywienie istoty, która, zbudowana z ludzkiego ciała i części nieorganicznych, może przekroczyć charakterystyczne dla człowieka niedomagania. Korzystający z tego mitu transhumanizm jest postmodernistyczną utopijną wizją człowieka, według której jego istnienie dzięki nowym technologiom może zostać w niedalekiej przyszłości całkowicie uwolnione od problemów, trapiących ludzkość na wcześniejszych etapach historii. Rozwój człowieka jest kwestią na wskroś techniczną. Chodzi o ścisłą integrację maszyny i ciała ludzkiego. Gdy ów etap zostanie osiągnięty, będzie można pomyśleć – a z pewnością nie będą tego robić już ludzie – o rozwiązaniu wszystkich problemów świata na poziomie całego przyrodniczego uniwersum. Ostatecznym przeznaczeniem inżynierii kosmicznej, kojarzonej dziś z przemysłem produkującym statki kosmiczne i ich akcesoria, jest zarządzanie ciałami niebieskimi: ich tworzenie, dzielenie, niszczenie, zmienianie orbit i ruchów ciał niebieskich, manipulacje przy kształcie wszechświata i kierunku jego rozwoju.

Zakończenie

Przedstawiona wyżej historyczno-filozoficzno-kulturowa genealogia stanu obecnego świata, konstruowana pod kątem zrozumienia faktu powszechnej dominacji myślenia w kategoriach problemu i jego twórczego, kreatywnego, innowacyjnego rozwiązania, kończy się pewnym paradoksem. Im więcej, szybciej i efektywniej nauka, technika i polityka razem wzięte odkrywają i rozwiązują problemy, tym życie w swym najgłębszym wymiarze staje się bardziej problematyczne. Oznacza to, że gdyby, hipotetycznie rzecz biorąc, nauka i technika rozwiązały wszystkie istniejące problemy, świat stałby się na tyle problematyczny, że nie można by było w nim dalej żyć. Owa problematyczność, o której tutaj mowa, ma jednak zupełnie inny charakter, niż techniczna problematyczność problemów, czekających na swoje rozwiązanie. Nie można tej problematyczności rozwiązać, nie można jej zorganizować, nie można nią zarządzać. Jest to problematyczność innego rzędu, której znacznie bliżej do tego, co wyrażają pytania, zwłaszcza te pytania natury ogólnej, które człowiek zadaje sobie przynajmniej od epoki czasu osiowego: kim jestem?, czym jest byt?, co powinienem?, czego mogę oczekiwać?, czym jest śmierć?, co mogę wiedzieć?, czy Bóg istnieje?, etc. Nie są to żadne problemy, choćby filozoficzne, ale owe wielkie znaki zapytania, które wyrastają wprost z otwartej i skończonej istoty człowieka, każdego człowieka. Być może, właśnie nieugięta wola wytrzymania w tych pytaniach, albo też tylko w jednym, tym niemożliwym do wypowiedzenia Pytaniu stanowi przeciwwagę dla myślenia problemowego, które tworzy – jak mówi Martin Heidegger – „epokę całkowitego braku pytań”. Być może, z perspektywy tej postawy pytania imperatywy w stylu „bądź twórczy”, „rozwiązuj problemy”, „działaj innowacyjnie” i „myśl kreatywnie”, które mają stanowić uniwersalną receptę na wszystkie nasze troski i które, potraktowane metodycznie i przemyślane do końca, prowadzą do całkowitego przekształcenia istoty ludzkiej – będącej już teraz tylko ludzkim materiałem i zasobem – w cyborga, nie są już aż tak jednoznaczne i niebudzące wątpliwości, jakimi przedstawia się je powszechnej opinii. Gdyby streścić wyżej przedstawione rozważania do jednego zdania, trzeba by powiedzieć, że największym niebezpieczeństwem wspomnianych haseł jest to, iż pod pozorem rozwijania otwartej natury człowieka – co rzeczywiście na pewnym etapie rozwoju historycznego miało miejsce – w istocie zawężają ową otwartość – otwartość, która stanowi o niemającym precedensu w świecie przyrodniczym pluralizmie ludzkich postaw, zachowań i kultur – do jednej tylko ścieżki rozwojowej, biegnącej nie ku człowiekowi w pełni jego możliwości, lecz po nim, przez niego i poza niego.

Nie znaczy to, oczywiście, że należy zrezygnować z postępu naukowo-technicznego. Wszelkie próby hamowania badań naukowych, zabranianie eksperymentowania, tworzenia nowych technologii, nowego ujmowania rzeczywistości etc. działają wbrew naturalnym potrzebom człowieka, który jako byt otwarty wciąż szuka przygody i poprzez nią własnego chwilowego samookreślenia. Ważne jest jednak, aby wzmacniając innowacyjność i kreatywność, nie rezygnować z pytań, nawet jeśli miałyby one opóźnić pojawienie się tego, co nowe. Albowiem to, co naprawdę nowe, nie kryje się w porządku horyzontalnym – tu można doświadczyć „tylko” nieskończonego „i tak dalej” – lecz w porządku wertykalnym, w którym to, co autentycznie nowe, skrywa się w tym, co najstarsze.


Drukuj