Woodstock 50/25

Raport z pogranicza.

Mówi się, że na Woodstock się nie przyjeżdża; na Woodstock się powraca. Bo w istocie swej jest on czymś, co powraca, choć się nie powtarza. Należy raczej do kategorii „niepowtarzalne”. Jak święto.

Za nami 25. edycja Przystanku Woodstock, który od dwóch lat nosi nazwę Pol’and’Rock. „Najpiękniejszy festiwal świata” jest z pewnością także jednym z największych. W tym wymiarze, ale także w wielu innych, nie odbiega od swego pierwowzoru. W tym roku mija 50 lat od pamiętnego festiwalu w Bethel w stanie Nowy York. Jubileusz, który właściwie przeszedł bez echa. Hucznie zapowiadany Woodstock 50, który miał odbyć się w USA, nie doszedł do skutku z powodów organizacyjnych. To smutne, pokazuje jednak, jak bezprecedensowym wydarzeniem był festiwal w roku 1969 i jak niesamowitą sztuką jest organizacja analogicznego festiwalu w Polsce przez ostatnie 25 lat. Bo trzeba przyznać i nie ma tu żadnych wątpliwości, że jest to organizacyjny majstersztyk, którego wielkość można porównać tylko z wartościami, którym całe przedsięwzięcie otwarcie hołduje. Wyrażają je mocno wyświechtane już hasła „pokój, miłość, muzyka”, które jednak podczas trzech dni Festiwalu nabierają życia i znaczenia, jakiego nie mają w żadnym innym miejscu przestrzeni publicznej.

Był to mój piąty Woodstock. A zatem wciąż należę do tych początkujących, którzy muszą uczyć się festiwalowego życia. Z pewnością znajdą się tacy, którzy nie ominęli żadnej edycji przez ostatnie 25 lat, młodsi uczestnicy naturalnie mają na swym koncie mniej festiwali. Z drugiej strony, czy nie jest tak, że na Woodstocku jest się zawsze nowicjuszem i początkującym? A zarazem jest to wydarzenie historyczne, łączące pokolenia? Tak, istnieje w Polsce coś takiego jak pokolenie Woodstock. Z racji wieku spokojnie mógłbym zostać do niego zaliczony. Szczęśliwie się składa, że uczestniczyłem w drugim Woodstocku (1996), który odbywał się na lotnisku nieopodal Szczecina. Cóż to było za przeżycie, gdy jako licealista 3 klasy, w długich włosach, rozkochany w winylowej muzyce lat 60. i 70., mogłem brać udział w tym muzycznym wydarzeniu, na które przyjechało około 20 tysięcy ludzi: była to – tak się wtedy wydawało – ogromna liczba, porównywalna tylko z tą, jaką odnotowywano podczas najlepszych lat Festiwalu w Jarocinie. Nikt wtedy nie przypuszczał, że za kilka lat na Woodstock przybędzie kilkaset tysięcy osób, przekraczając niekiedy znacząco niewyobrażalną wartość pół miliona. Następnie, po latach przerwy, odwiedziłem Woodstock w Żarach w roku 2002, następnie już w Kostrzynie nad Odrą trzy razy z rzędu (2017-2019). I o ile dwa pierwsze pobyty zrobiły na mnie niezapomniane wrażenie i stanowiły istotny element wizji mojej dalszej drogi życiowej, przyjazd na Festiwal po 15 latach przerwy, podczas których zajmowałem się głównie troską o należyte sprostanie wymogom szacownej „dorosłości” i przypisanym jej niekwestionowanym wartościom, takim jak rodzina, praca, pieniądze, odpowiedzialność, powaga, roztropność, zdrowie itp. – był niczym granat wrzucony do mojego ustatkowanego, spokojnego życia.

Bo doprawdy uczestnictwo w Woodstocku jest niczym jaspersowska „sytuacja graniczna”; jest jak doświadczenie czegoś prawdziwie ekstremalnego, magicznego, co dokonuje wstrząsu w wielu wymiarach naszej egzystencji: fizycznym, psychicznym, społecznym, estetycznym oraz duchowym. Stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe nasze życie i przypisane mu wartości. Wzywa do namysłu, który w toku uczestnictwa w Festiwalu nie jest do końca możliwy. Dopiero kiedy opada kurz i z pola znika ostatni namiot, pojawia się czas na myślenie.

Jakże bowiem w ogóle można myśleć, kiedy od samego wejścia na teren Festiwalu twoja skrępowana na co dzień zmysłowość doznaje jakiegoś niesamowitego otwarcia i rozszerzenia. Kiedy wszystkie twoje zmysły, twoje ciało i duch, zostają zaatakowane taką ilością wrażeń, że potrzebowałbyś jeszcze jednego ciała i jeszcze jednego ducha, i to chyba ciała jakiegoś tytana i ducha greckiego bohatera, aby to jakoś przyjąć i przetrawić. Już samo planowanie podróży i droga na Festiwal mają w sobie coś magicznego; jak wyprawa do innego świata. Próbowałem wielu sposobów: upchany w specjalnie podstawionych pociągach Polregio o nazwach „Ostatnia Paróweczka”, „Stalowy Pęcherz” czy „Cień Wielkiej Góry”, wciśnięty między siedzenia i plecaki albo też jadący stopem z wieloma przygodami czy jadący swoim własnym samochodem, pełnym rozmów, śpiewów, okrzyków, bagaży, jedzenia, butelek i muzyki, podążasz ku wyznaczonemu celowi niczym ku zachodzącemu słońcu; jakbyś przechodził na drugi koniec tęczy. Od tej chwili już nic nigdy nie będzie takie samo. I czujesz to, siedząc wraz z innymi „męczennikami” na suficie wagonu, mijając po drodze tłumy stopowiczów – kolorowych i uśmiechniętych, obserwując swoich towarzyszy podróży i widząc w nich ludzi, których, jak się okazuje, nigdy wcześniej nie znałeś.

Ale dotarcie na miejsce i wejście na teren Festiwalu rzuca ci wyzwanie, na które nie mogłeś się przygotować. I ta chwila nie znika szybko. Wszystko, co spotykasz, przytłacza cię, przypiera: każdy twój nerw zostaje zaabsorbowany tysiącem pobudzeń, nad którymi nie panujesz i od których nie jesteś w stanie się odizolować. Naturalnie, traktujesz to jako zagrożenie, boisz się utraty kontroli, jesteś zdezorientowany; twoje ciało i dusza szukają jakiegoś przytułku, w którym mogłyby opracować strategię odwrotu w razie totalnego zagubienia; chcesz się cofnąć, wziąć jeszcze raz głęboki oddech w miejscu, w którym przywykłeś żyć i… umierać. Ale nie możesz, bo coś cię pcha i napędza, chcesz szybko stać się pełnoprawnym uczestnikiem tego wydarzenia. I w tej samej chwili czujesz, jak od twojej twarzy coś się odkleja i sterczy nieznośnie, zasłaniając ci pole widzenia. Zdrapujesz to, kolejne warstwy, ściągasz całe płaty skóry. To maski, którymi przyozdobiłeś się, grając swoje codzienne role. To postawy, zła obyczajność, wstyd, ograniczenia, fałszywe zakazy i nakazy. Zaczyna się przemiana. Jak w Zaratustrze Nietzschego. Wchodzisz z plecakiem, torbą, namiotem i niewiele się różnisz od wielbłąda. Gdy znajdziesz już miejsce i zrzucisz to wszystko z siebie, zamieniasz się w lwa, który odzyskał siły i czuje się panem sytuacji. Ale czeka na ciebie ostatnia przemiana: musisz stać się niczym dziecko. Albowiem i również to królestwo należy do tych, co stali się podobni dzieciom. Woodstock to święto młodości.

Czas inicjacji zakończy się dopiero wraz z powrotem do domu, kiedy to znów staniesz się szanowanym członkiem nowoczesnego społeczeństwa, trybem uporządkowanej societas, z jej ustaloną hierarchią wartości i pozycji społecznych, z jej nienaruszalnym porządkiem, potrzebami, celami, itd. Zostałeś właśnie wyłączony z tej społeczności, w której dotychczas żyłeś, i musisz czekać na ponowne włączenie. Obecnie należysz do nowej wspólnoty, która uobecniła się na te kilka dni, a która przez cały rok żyła w jakimś rozproszeniu i uśpieniu. To wspólnota pomazańców i nowicjuszy, bytów przejściowych, transgranicznych, liminalnych, o niezidentyfikowanych właściwościach i pozbawionych niemal własności. Oto – mówiąc językiem Victora Turnera – stałeś się „człowiekiem progu” i należysz do społeczności typu communitas. „To tak jakby istniały dwa główne »modele« dla ludzkich relacji, przeciwstawne sobie i kolejno po sobie następujące. Pierwszy to społeczeństwo jako ustrukturyzowany, zróżnicowany i często hierarchiczny system pozycji polityczno-prawno-ekonomicznych z wieloma typami ewaluacji, dzielący ludzi podług kryteriów »mniej« lub »więcej«. Drugi, pojawiający się w okresie liminalnym, jest modelem społeczeństwa pozbawionego struktury lub ze strukturą szczątkową i ze stosunkowo niezróżnicowanym comitatus, wspólnotą, a nawet komunią równych jednostek, które wspólnie poddają się władzy starszyzny rytualnej” (V. Turner, Proces rytualny, tłum. E. Dżurak, Warszawa 2010, s. 117). Ta pozbawiona struktury wspólnota braci i sióstr odpowiada pewnemu powszechnemu poczuciu. To, że „istnieje powszechna więź między ludźmi i związane z nią poczucie »człowieczeństwa«, nie jest pobocznym zjawiskiem jakiegoś stadnego instynktu, ale produktem »ludzi w swojej pełni w pełni uczestniczących«. Liminalność, marginalność, strukturalna podrzędność są warunkami, w których często powstają mity, symbole, rytuały, systemy filozoficzne i dzieła sztuki. Te formy kulturowe zaopatrują ludzi w zestaw wzorców czy modeli będących na pewnym poziomie okresowymi reklasyfikacjami rzeczywistości i stosunku człowieka do społeczeństwa, przyrody i kultury. Są jednak czymś więcej niż klasyfikacjami, ponieważ prowokują ludzi do działania i myślenia” (tamże, s. 141). Wspólnota typu communitas zawiązuje się w trakcie uczestnictwa w tzw. rytuałach przejścia (rites de passages). Jest to wspólnota świąteczna. W tym sensie Woodstock to święte miejsce, w którym uczestnicy Festiwalu, porzucając na moment swoje dotychczasowe życie, zawiązują wspólnotę communitas, spełniającą się w serii określonych rytuałów. Naczelne miejsce zajmują w niej rytuały związane ze sztuką i kulturą (uczestnictwo w koncertach, warsztatach, spotkaniach, wykładach, rozmowach, etc.). Stanowią one sól całego wydarzenia i szczyt wznoszonej góry. Niemniej gwoli ścisłości należy wspomnieć także o innych, tworzących życiowy warunek możliwości uczestnictwa w tych pierwszych.

Należą do nich rytuały związane z jedzeniem, piciem, spaniem, myciem się, „kąpielami” w błocie, itd. Dla wszystkich tych rytuałów charakterystyczne jest odejście od wygody, potrzeby zachowania dystansu i zasad intymności, tak bardzo pożądanych przez nas podczas wykonywania wielu czynności na co dzień. Generalnie rzecz biorąc, troska o komfort schodzi na dalszy plan, a wszystkie dystanse ulegają skróceniu. Potworne zmęczenie fizyczne i psychiczne, na jakie wystawiony jest organizm podczas 3 dni Festiwalu, uczą pokory: wszystko to, co w naszej codzienności urasta do rangi niemalże życiowego priorytetu, tutaj zostaje poniżone i ustawione na właściwej pozycji wobec rzeczy prawdziwie wartościowych. Kurz, brud, hałas, smród, upał, deszcz, brak snu, dolegliwości pokarmowe, fizjologiczny niekiedy opór przed wizytą w jednej z setek ustawionych obok siebie toalet, odurzanie organizmu alkoholem, nikotyną i innymi używkami, nieustanny tłok i kolejki, w których trzeba czekać, chcąc skorzystać z najprostszych nawet rzeczy – cały ten znój stanowi ważny element tzw. pedagogiki liminalnej i część każdego rytuału o charakterze przejścia. De facto dolegliwości i trudy, o jakich była mowa, są w porównaniu z męczarniami uczestników rytuałów inicjacyjnych, znanych z etnograficznych opisów tradycyjnych plemion, naprawdę niczym wielkim.

Woodstockowa communitas jest wyjątkowa. Choć zanurzony w tłum i roztopiony w masie jesteś równy każdemu innemu, nie jesteś taki sam, jak każdy inny. W społeczeństwie typu societas różnice między członkami opierają się przede wszystkim na relacjach władzy, a więc hierarchii pionowej. Communitas nie zna takiej hierarchii, różnice miedzy członkami wspólnoty polegają na oryginalności wyrazu samego siebie, na kreatywności, pomysłowości i odwadze przekraczania utartych granic. Nie ma chyba drugiego takiego miejsca, gdzie skupiłoby się aż tylu ludzi z tak dużym poczuciem dystansu do siebie, humoru i chęci zrobienia czegoś z niczego: ze śmieci, gałęzi, starych adidasów, kapsli i skóry po arbuzie. Przebogata kolorystyka i nowatorstwo form w kwestii ubioru, fryzury czy zachowania wzbudza ciekawość i inspiruje do twórczej, pozytywnej rywalizacji.

Gdy przychodzi czas odjazdu i pakujesz plecak, masz dziwne odczucie, jakbyś wracał na wojnę. Wojnę codzienności, na której ma się wrażenie, że stawką jest to, co nieważne. Ale z drugiej strony wiesz, że te dwa porządki – antystruktura i struktura – muszą istnieć razem, jedno po drugim i jedno razem z drugim. „Zachodzi tu proces dialektyczny, ponieważ bezpośredniość communitas pozwala na pośredniość struktury, gdy tymczasem w obrzędach przejścia ludzie są uwalniani od struktury i kierowani do communitas tylko po to, by powrócić do struktury odrodzonej i wzmocnionej przez ich doświadczenie communitas. Z pewnością żadne społeczeństwo nie może adekwatnie funkcjonować bez tej dialektyki. Wyolbrzymienie struktury może prowadzić do patologicznych manifestacji communitas poza prawem albo wbrew »prawu«. Wyolbrzymienie communitas w pewnych ruchach religijnych czy politycznych zrównującego typu może szybko sprowadzić despotyzm, przerost biurokracji czy inne sposoby strukturalnego usztywnienia” (Tamże, s. 141). A zatem potrzebna jest równowaga. „Mądrość polega na znalezieniu właściwych relacji między strukturą i communitas w danych warunkach czasu i przestrzeni, akceptowaniu każdej modalności w okresie jej dominacji, ale bez odrzucania innej, i na nietrzymaniu się uparcie tej, której impet został zahamowany” (tamże, s. 149). Turner odróżnia trzy typy communitas: 1 –egzystencjalną, która powstaje spontanicznie; 2 – normatywną, która powstaje, gdy communitas pierwszego typu zostaje zorganizowana w trwały system społeczny oraz 3 – ideologiczną – „określenie stosujące się do wielu utopijnych modeli społecznych”, próbujących ukazać sposoby osiągania egzystencjalnej communitas (tamże, s. 144). Drugi i trzeci typ communitas są już częściami struktury. Dla obu porządków – struktury i antystruktury – istotne jest, aby unikać trzeciego typu communitas, która bardzo często chce siebie narzucić innym jako jedyną drogę do osiągnięcia pokoju, miłości oraz rozumienia tego, czym jest prawdziwa sztuka. Poza tolerancją i życzliwością, którymi uczestnictwo w Woodstocku pozwala obdarować następującą po nim codzienność – odbierając jej istotną część tego, co negatywne – daje jej też do zrozumienia, czym jest właściwie święto. Na przekór częstego myślenia i przeżywania święta jako „czasu wolnego”, mamy powody rozumieć, że prawdziwe święto jest czasem poza rozróżnieniem pracy i czasu wolnego. Jest raczej czasem, w którym uczestnicy „odwiązują” się od swojej codziennej rutyny i organizują swoje życie wedle zasad rytuału, którego „tematem” jest cud nad cudy, że świat jest, a nie nie jest. I to za każdym razem o jeden dzień dłużej...

 

tekst i zdjęcia: Daniel R. Sobota (IFiS PAN)


Drukuj