Trzeba kochać to, co się robi!

Rozmowa z Izabellą Szolginią, dyrektor Schroniska dla zwierząt w Bydgoszczy, absolwentką UTP

 

Czy połączenie pasji i zawodu to dobry sposób na życie?

– Mądrzy ludzie powiadają, że przynajmniej jedna ze sfer musi być wypełniona czymś dobrym – albo życie prywatne, albo zawodowe. Bo jeśli obie słabo funkcjonują, to jesteśmy przegrani. Myślę, że moja praca – moja pasja pomogły mi przetrwać ciężkie chwile, gdy byłam kiedyś na rozdrożu życiowym. To dzięki mojej misji w schronisku do tej pory utrzymuję się w niezłej kondycji. Na „słabowanie” nie mam po prostu czasu.

Kiedy zaczęła się pasja? Kiedy pokochałaś zwierzęta?

– Zwierzęta kochałam zawsze. Chyba już w łonie matki, bo u nas w domu zawsze były zwierzęta. Poziom wiedzy na temat behawioru zwierząt w czasach mojego dzieciństwa był bardzo niski. Pierwszym zwierzęciem w moim domu rodzinnym była Nuba, bokser (na zdjęciach w archiwum rodzinnym występująca jako opiekunka mojego brata). A moim pierwszym własnym zwierzęciem była kotka Śnieżka, którą dostałam, gdy miałam 8 lat. Koteczka miała jedno oko zielone, drugie niebieskie, cała była biała, część sierści Śnieżki była dłuższa i śmieliśmy się, że wygląda żuraw koroniasty. Moja Śniezka była bardzo piękna. Niestety zginęła w wypadku. Rodzina nie powiedziała mi prawdy. A ja czekałam… W domu powiedzieli mi tylko, że kotka wyszła i nie wróciła. Dopiero, gdy miałam trzydzieści parę lat, dowiedziałam się, jak było naprawdę. Nikomu nie radzę okłamywać dzieci, jeśli chodzi o takie tragedie, bo smutek z powodu utraty jest większy i przewlekły, gdy się nie wie, co się naprawdę stało.

Czym się kierowałaś wybierając kierunek studiów?

– Bardzo kochałam zwierzęta. Nie byłam zbyt dobra w przedmiotach ścisłych. Bardziej wówczas zajmowała mnie poezja i „bujanie w obłokach”, ale poszłam tam, gdzie mogłam uczyć się o zwierzętach. To było dla mnie zderzenie marzeń z rzeczywistością, bo bardzo nie podobały mi się hodowle – zwłaszcza okrutny, według mnie, chów przemysłowy. Nie jestem weganką. Mięsa jem jednak niewiele. Pewnie z tego względu najbardziej podobała mi się hodowla koni, gdzie najmniej mówiono, że są to zwierzęta hodowane na mięso. Mimo wszystko cieszę się, że skończyłam zootechnikę. Ten kierunek dał mi możliwość pracy w schronisku. I we współpracy z UTP zorganizowałam swojego czasu (2006 r.) konferencję naukową „Dobrostan zwierząt w nauczaniu”.

Jak wspominasz studia? Czy to był fajny czas dla Ciebie?

– Nie byłam imprezowiczką, więc „luziku” jak może inni nie odczuwałam. Mieszkałam na stancji. Udzielałam się w kabarecie Mutant, czasem pisałam tam teksty. Miło wspominam seminarium magisterskie u profesora Wilanta. Pisałam pracę z anatomii. To był czas wytężonej pracy. Szybko uczyłam się przedmiotów, które mi sprawiały przyjemność. Miałam dość wysoką średnią z wyników nauczania. Najbardziej zapadł mi w pamięci egzamin z fizjologii zwierząt. Ucząc się układu nerwowego, stwierdziłam, że nigdy nie nauczę się dróg aferentnych i eferentnych (to są takie szlaki nerwowe w mózgu). Wszystko inne obkułam na 100%. Ale profesor Bieguszewski zobaczył moje słabe zaliczenie i powiedział, a raczej wykrzyczał, wstawiając mi piątkę do indeksu, że mogłabym być lepszą studentką, bowiem odpowiedziałam śpiewająco na wszystkie pytania.

Jak trafiłaś do schroniska?

– Po studiach pracowałam 10 lat w Instytucie Weterynarii. Gdy pojawił się wakat w Schronisku dla zwierząt w Bydgoszczy, objęłam go. To co tutaj zastałam, przeszło moje wszelkie pojęcie! Niekompetentna, niezajmująca się zwierzętami załoga, chore psy brodzące we własnych odchodach. Długo musiałam walczyć o wybetonowanie wybiegów, żeby pozbyć się zarazków. W tych czasach z trudem zdobywałam jedzenie dla psów i kotów. Nie produkowano jeszcze suchej karmy, były to dopiero początki takiej produkcji. W 1995 roku pojechałam do Wielkiej Brytanii, zobaczyć, jak tam funkcjonują schroniska i byłam zielona z zazdrości, że już taką karmę mieli. Postanowiłam przenieść zdobyte w Wielkiej Brytanii wiadomości na polski grunt i zabrać się do ciężkiej pracy. Efekty tej pracy widać dziś. Mogę nawet powiedzieć, że jestem z tego dumna. Teraz się rozbudowujemy, więc można jeszcze więcej. Zostanie zrealizowany cel, który od dawna noszę w sercu – centrum edukacyjne do szkolenia wielkiej liczby dzieci (i pewnie też dorosłych).

Czego będą się uczyć?

– Dzieci nie zawsze wynoszą z domu empatię. Nie każdy rodzic kocha zwierzęta. Mam nadzieję, że uda nam się nauczyć dzieci, jak obchodzić się ze zwierzętami. Nie wystarczy wziąć do domu psa czy kota. Trzeba wiedzieć, czego potrzebują, jak się nimi opiekować. Na przykład jak trzymać kota. Niektórzy biorą go do góry łapkami, a to jest pozycja kota do walki. Ale nie mówię tylko o kotkach czy pieskach. Chciałabym, aby powstało tu centrum edukacji humanitarnej z prawdziwego zdarzenia, żeby edukować o całej ożywionej przyrodzie. Zwłaszcza, że mamy wielkiego partnera ProNature, która już współfinansowała nam projekt – „Pies w biurze”. To jedna z moich akcji. Przyłączyło się do niej wiele zakładów pracy. Chodziło o to, by można zabierać ze sobą psa do biura czy do zakładu pracy, o ile szef na to zezwoli.

Co Cię najbardziej denerwuje w relacjach ludzi i zwierząt?

– Niewiedza ludzka. Nieznajomość behawioru zwierząt. Denerwują mnie pańcie, które biegną z wybałuszonymi oczkami w stronę psa, nachylają się nad nim, głaszczą jak dziecko i najchętniej pocałowałyby obcego pieska w głowę. Akurat te zwierzęta odczuwają to jako atak wroga. Trzeba patrzeć na sygnały, jakie wysyłają nam nasze zwierzęta. Szkoda, że nie uczy się tego w szkołach. Powinny być przedmioty: pies, kot, chomik, waran, gekon, papuga itp. Wkrótce może ukaże się kolejne wydanie książki „Dbamy o zwierzęta” przetłumaczonej przez moją, nieżyjącą już, Ciocię Reginę Pokorską. Będziemy z niej korzystać podczas zajęć edukacyjnych. Jest bardzo funkcjonalna. Książka zawiera arkusze robocze, na których dzieci mogą pracować.

Co wypełnia Twój wolny czas?

– Latem nie mam wakacji. Zimą podróżuję z przyjaciółką. Wybieramy się zazwyczaj w ciepłe lub gorące rejony świata. Szukamy tam ciepła, dzikiej natury, oderwania się od codzienności i oczywiście zadziwiających nas stale zwierząt. Poza pracą zajmuję się moimi domowymi kotami perskimi, biegam z psem, odwiedzam przyjaciół. Nie mam zbyt wiele czasu. Pochłania mi go też Internet. Często w domu w ramach „zajęć dodatkowych” prowadzę działania marketingowe dla schroniska. Czasem trzeba pomóc też ludziom, nie tylko zwierzętom. Bowiem ludzkie i zwierzęce losy się przeplatają. Za pomoc ludziom otrzymałam nagrodę - Stalowego Anioła (wtajemniczeni wiedzą, co to za zaszczyt).

Co byś podpowiedziała młodym ludziom, czym mają się kierować w życiu?

– Iść za głosem serca. Warto jest dobrze się zastanowić. Zanim młodzi ludzie wybiorą życiową drogę, może niech trochę pomedytują? Medytacja wycisza, dopuszcza głos serca do głowy. Jak ktoś chce być fryzjerką, niech będzie, jak ktoś zechce być zootechnikiem, niech nim zostanie, ale musi to kochać. Bo trzeba kochać to, co się robi.

Dziękuję za rozmowę.


Drukuj