Nie lubię nudy

Rozmowa z dr Ewą Raczyńską-Mąkowską z Katedry Wzornictwa Wydziału Inżynierii Mechanicznej.

A. G.: Zajmuje się Pani kształtowaniem przestrzeni. Tej namacalnej – przestrzeni miasta, przestrzeni publicznej i tej wymykającej się w pełni racjonalnemu definiowaniu – przestrzeni realizującej się za pośrednictwem pędzla i podobrazia, przestrzeni będącej uzewnętrznieniem światów wewnętrznych. Czy nie zachodzi tu pewna sprzeczność? Czy nie ma rywalizacji między tymi dwiema rzeczywistościami?

E. R.-M.: Te rzeczywistości się uzupełniają. Moje malowanie było zawsze naturalnym uzupełnieniem tego, co robiłam w życiu zawodowym. Tak było wcześniej i tak jest do tej pory. Po ukończeniu studiów w Toruniu zaczęłam pracę w urzędzie Konserwatora Zabytków. Bardzo krótko pracowałam jako jeden z członków zespołu – po 3 latach od rozpoczęcia pracy zostałam Konserwatorem Miejskim. Pełniłam tę funkcję przez kolejnych 9 lat. „Przecierałam szlaki” w mieście. Było mi dane inicjowanie nowych technologii konserwatorskich, budowanie polityki konserwatorskiej i nowego myślenia o bydgoskich zabytkach. Wówczas były to działania pionierskie. Od samego początku malarstwo pełniło dla mnie funkcję swego rodzaju „odgromnika”. Jestem absolwentką Wydziału Sztuk Pięknych – sztuka towarzyszyła mi od zawsze. Moja specjalność jednak zwracała się w kierunku konserwatorskim, więc zawodowo oczywiście tym się zajęłam. Malarstwo rekompensowało mi pewne braki, stanowiło emocjonalny balans. To, co robię artystycznie, traktuję jako formę rozmowy z samą sobą. Myślę, że każdy twórca doświadcza czegoś podobnego – najpierw rozmawia z samym sobą, a dopiero potem dzieli się z otoczeniem. Moją codziennością były wówczas prace konserwatorskie – brudne, w zimnym kościele czy nadzory na jakiejś budowie połączone z koniecznością dosłownego wchodzenia w błoto, biegania po rusztowaniach... Wracałam wtedy do domu i malowałam pastele, które są leciutkie, zwiewne, potrzebują dużo światła, delikatnej ręki... Broń Boże żadnej architektury, siedziałam w niej przecież „po pachy”. Malowałam więc pejzaże, kwiaty. Być może teraz wydaje się to trochę infantylne, ale tak wtedy czułam, to było mi potrzebne. Tak sobie radziłam, była to forma mojego odreagowania. Malarstwo olejne – cięższe, wymagające studyjnego podejścia – nie wchodziło w grę, to nie był odpowiedni czas. Musiały być to prace lekkie, technika ich wykonania – szybka, efekt – widoczny natychmiast. Oczywiście pojawiały się jakieś prace o większych formatach, w innych technikach – i olej, i akryl – ale zawsze ich tematyka oscylowała wokół przyrody, ulotności, czyli tego, czego mi brakowało w życiu zawodowym Prace te czasem zyskiwały nowego właściciela, ale nigdy ich publicznie nie prezentowałam. Mam pełną świadomość, że moja twórczość nie miała ambicji „wielkiej sztuki” – miała być dla mnie formą autoterapii. Jeżeli przy okazji komuś sprawiała radość – to cieszyło i mnie.
Później nastąpił etap, w którym się po prostu „działo”. Pracowałam, założyłam własną firmę – studio projektowe. Zajmowałam się głównie projektowaniem elewacji, kolorystyk, renowacji kamienic, rekonstrukcji starych budynków na terenie całego kraju.

E. L.: Z renowacji której kamienicy z tego czasu jest Pani najbardziej zadowolona?

E. R.-M.: Taka najbardziej znana w Bydgoszczy to Gdańska 27 – siedziba m.in. „Gazety Wyborczej”. Wszystkie elewacje (frontowa i podwórzowe) z figurami, detalem architektonicznym, nową kolorystyką – to jest mój projekt. Oczywiście nie jest to tak po prostu wymyślone – projekt wymagał badań historycznych, ikonograficznych itd. Jednak nie wszystko było widoczne, konieczne więc było samodzielne zaprojektowanie kostiumu kamienicy w duchu epoki. Jestem także autorką projektu nowej kolorystyki oraz programu konserwatorskiego elewacji Hotelu „Pod Orłem” – projekt jest gotowy do wdrożenia, być może doczekam jego realizacji. Elewacja budynku Cechu Rzemiosł przy ul. Jagiellońskiej z kolorową czaplą i sową to również mój projekt. Ten okres, gdy miałam swoją firmę, był czasem samorealizacji – robiłam to, o czym całe życie marzyłam – tak mi się wówczas wydawało. Wtedy też – pochłonięta projektowaniem – najmniej malowałam. To był długi okres. Trwał on 15 lat. Nigdy jednak nie porzuciłam malarstwa, wracając do niego w miarę ograniczonego bardzo czasu.
Ważnym wydarzeniem była moja podróż do Toskanii. Było to spełnienie wielkiego marzenia – przed wyjazdem zaczytywałam się w książkach, bardzo sumiennie przygotowywałam się do tej wyprawy życia. Wydawało się, że jestem gotowa na „uderzenie pioruna”, a jednak dopadł mnie na miejscu syndrom Stendhala, z którym musiałam sobie jakoś poradzić. To był przełom. Powstała seria toskańska. Po tej podróży miałam swoją pierwszą wystawę – publiczną prezentację prac powstałych po pobycie w Toskanii. Zainteresowanie wystawą było duże, niektóre prace zostały sprzedane. To spowodowało, że zaczęłam inaczej myśleć o swoim malowaniu – że nie jest to tylko moja prywatna przestrzeń, że warto się nią dzielić. Poza tym każda taka wystawa to forma mobilizacji do pracy – trzeba narzucić sobie jakiś rytm, zmotywować się do działania.
Przyszedł czas, gdy musiałam wycofać się z aktywności zawodowej, zwolnić. Zachorowałam. W tym czasie malarstwo było tym, co mnie „trzymało”. Powstała cała seria prac z motywem ptaków, które metaforycznie obrazowały moją sytuację. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, żeby publicznie je pokazywać, jednakże po pewnym czasie, gdy okoliczności stały się bardziej sprzyjające, zorganizowano dwie wystawy tych właśnie prac. Powstawały też inne prace – był to czas, kiedy sporo malowałam i to malarstwo bardzo mi pomagało. Choroba spowodowała, że musiałam zweryfikować moją postawę wobec życia. Postanowiłam zmienić tryb pracy, zwolnić, przestać gonić, przestać pracować po 12–16 godzin dziennie przy komputerze, usystematyzować swoją pracę. Poza tym pomyślałam, że warto podzielić się swoim doświadczeniem zawodowym, przekazać młodym ludziom trochę prawd, których nie zdołają przeczytać w skryptach. Zaczęłam pracę na UTP w Zakładzie Wzornictwa. Prowadzę Pracownię Kształtowania Przestrzeni. Łączę tam wiele wątków wynikających zarówno z doświadczenia, jak i z wykształcenia. Po studiach konserwatorskich w Toruniu skończyłam urbanistykę na Politechnice Warszawskiej, a studiowanie architektury było zawsze moim wielkim marzeniem – zrobiłam więc doktorat na Politechnice Gdańskiej z architektury, tak „na pocieszenie”;)
Nie lubię powtarzalności, nie lubię nudy. I moje malowanie jest też takie – ono równoważy, ale także się zmienia. Kolejny jego etap to „Mapy koloru”. Tych map powstało dużo. Ich powstanie jest efektem nałożenia się potrzeby pokazania odległej przestrzeni za pomocą emocjonalnego zapisu kolorem mojego jej odczuwania. To, co znamionuje tę fazę mojej twórczości, to po pierwsze przestrzeń – pokazanie jej na mój własny sposób – jakby z lotu ptaka, płaski. Można ją odczytywać bardziej dosłownie lub zadawać sobie pytania o konfigurację poszczególnych elementów kompozycji. Po drugie – emocje wyrażane techniką i kolorem. Dla mnie kolor był zawsze NUMBER ONE. Jestem pełna podziwu wobec minimalizmu moich kolegów korzystających z ograniczonych: palety i środków. Uwielbiam ich, ale ja ani tak nie potrafię, ani tak nie czuję. Potrzebuję koloru, czuję i wyrażam emocje głównie kolorem. Malarstwo to według mnie przede wszystkim emocje – jak więc może być pozbawione kolorów? W przypadku „Map koloru” zastosowałam jako podobrazie czarne pianki kappa używane normalnie jako podkłady/tła do prezentacji plansz czy fotografii. Skontrastowałam ich czerń z czystymi kolorami farb akrylowych i pasteli.

E. L.: Czy przywiązuje się Pani do swoich prac?

E. R.-M.: Bardzo. Nigdy nie traktowałam swojej twórczości w sposób komercyjny. Nie musiałam jej tak traktować. Jeżeli twórca żyje ze sztuki, to jemu nawet nie wolno się przywiązywać do swoich prac. Musi zarobić na chleb. Dla mnie malarstwo było zawsze formą odreagowania, czystej przyjemności tworzenia – niczym więcej. Cieszy mnie bardzo, gdy komuś się to podoba, gdy ktoś zechce kupić którąś z prac, gdy mogę kogoś obdarować, ale jeżeliby tego zabrakło, to też nic by się nie stało. Jest to zupełnie inny komfort pracy. Nie wiem, czy to lepiej, bo jeśli nie ma zewnętrznego przymusu, tworzy się tylko wtedy, gdy ma się naprawdę ochotę. Wiem, że dobrze jest narzucić sobie rytm, ponieważ wtedy się więcej pracuje, zdobywa doświadczenie, doskonali – tak jak w każdej dziedzinie.
Cieszę się bardzo, że tu pracuję i jestem wśród kolegów – artystów i projektantów. Twórcza atmosfera wpływa na mnie mobilizująco. Wspólnie pracujemy, czasem wspólnie wystawiamy i to także bardzo dobrze wpływa na atmosferę w naszym zespole.

A. G.: Co stanowi inspirację w Pani pracy? Czy w swojej działalności nawiązuje Pani szczególnie do jakiegoś żywiołu, nurtu, twórcy? Wyczytałam w jednej z publikacji, że prof. Wojciech Hora nazwał Pani prace „szagalami”. Czy to właśnie jest ten kierunek skojarzeń?

E. R.-M.: Profesor mnie zaskoczył. Ja sama takich skojarzeń nie miałam. Nigdy nie inspirowałam się Chagallem. Znam oczywiście jego malarstwo, ale nie była to nigdy twórczość, która by na mnie zadziałała tak silnie, aby świadomie z niej czerpać. Nie potrafię wskazać ani twórcy, ani nurtów w sztuce, które by na mnie szczególnie oddziaływały. Łatwiej było mi sformułować swoje preferencje artystyczne, gdy byłam na studiach czy jeszcze wcześniej. Wymieniałam wówczas malarzy, których lubiłam, co nie znaczyło konkretnie nic – tylko tyle, że ich lubię. Bezpośrednie doświadczanie sztuki – bywanie na wystawach, oglądanie albumów, odwiedzanie galerii, świątyń – działa na mnie pobudzająco, inspirująco. Wielokrotnie zdarzało się, że po powrocie z ciekawej wystawy natychmiast stawałam przed sztalugami i malowałam swoje – nie to, co tam widziałam, ale tym zainspirowane. Tak to właśnie działa. Nie mogę wymienić żadnych wielkich nazwisk... Dawno temu moim ukochanym malarzem został Amadeo Modigliani. Namalowałam sobie kilka „kopii” jego dzieł (m.in. portret Luni Czechowskiej i Alice). Modigliani był niespełnionym rzeźbiarzem. Musiał zrezygnować z rzeźby ze względu na chorobę płuc. Nie mógł rzeźbić, więc zaczął malować, także pod wpływem sztuki afrykańskiej, w tym masek. To jest malarstwo „uformowane”, syntetyczne, z charakterystyczną mocną linią. Nadal je podziwiam. Moje malowanie jest dużo bardziej „oderwane od ziemi”, rozedrgane. Niedawno zrobiłam sobie taki eksperyment – namalowałam serię prac lewą ręką (będąc praworęczną) właśnie po to, żeby to, co powstanie, było krzywe, niedoskonałe, niemal przypadkowe.

A. G.: Zmieniając nieznacznie kierunek toku rozmowy – w nawiązaniu do zagadnienia przestrzeni w kontekście fizycznego miejsca... Co decyduje o tym, że przestrzeń wokół można uznać za przyjazną? Jakie czynniki wpływają na to, że są miejsca, w których czujemy się naprawdę dobrze? I odwrotnie: co zaburza poczucie harmonii i ładu? Co rozprasza i budzi niechęć?

E. R.-M.: Poruszyła pani potężne zagadnienie, które ma ogromną literaturę. Powiedzieć o tym w paru zdaniach jest bardzo trudno. Postrzegam przyjazność przestrzeni poprzez poczucie miejsca. Tu otwiera się kolejna wielka dziedzina, która łączy psychologię, socjologię, architekturę, urbanistykę... Dlaczego człowiek czuje się w jakiejś przestrzeni lepiej, a w innej – gorzej? Przechodzi przez niby dobrze zaprojektowaną przestrzeń obojętnie, w ogóle jej nie rejestrując? Podświadomie nie odczuwa potrzeby, żeby się w niej zatrzymać? Prowadzi się liczne badania mające na celu analizę tego zagadnienia. Klasyczne badania Kevina Lyncha badające obraz miasta z 1960 roku nadal pozostają aktualne. Dziś dołączają do nich nowsze opracowania chociażby duńskiego architekta Jana Gehla i coraz bardziej świadoma ocena i kształtowanie przestrzeni, na które wpływ mają miejscy aktywiści. W skrócie można powiedzieć, że bardzo ważne jest to, żeby przestrzeń miała odpowiednią skalę, którą człowiek toleruje, która go nie przytłacza – aby nie była nudna, aby miała charakterystyczne skupiające uwagę elementy, aby była spójna, dawała poczucie orientacji, oddziaływała na wiele zmysłów. Proszę zwrócić uwagę na wielkie ikoniczne obiekty, wokół których się poruszamy, do których wchodzimy (np. Muzeum Gugenheima w Bilbao). Mają one swoją własną zaprojektowaną tzw. przestrzeń publiczną czy jakieś inne miejsca, które niwelują odbiór tego ogromu, z których możemy kontemplować otaczającą nas architekturę w taki sposób, żeby pozostawiła nam ona po sobie tylko dobre wspomnienia. Tego również uczą się nasi studenci – projektują przykłady odbioru przestrzeni i analizują, jak oddziałują na odbiorcę różnego rodzaju zjawiska, które zachodzą w przestrzeni, co powoduje, że chce on zostać, uciec, jest przytłoczony, obojętny itd. Uczą się także, jak można świadomie wykonywać pewne manewry w projektowaniu przestrzeni, żeby uzyskać odpowiedni efekt. Przykładem może być kwestia znaczenia ustawienia ławek względem siebie. Tak naprawdę nikt się nie zastanawia nad tym, czy człowiek z nich korzystający będzie się dobrze czuł, czy wystąpią jakieś interakcje między sąsiadującymi ze sobą osobami – interakcje, o których teraz tak głośno się mówi, których się tak entuzjastycznie poszukuje. Przecież o to właśnie chodzi, nie chcemy siedzieć sami na tej ławce – może ktoś się do nas uśmiechnie, ktoś powie parę słów. Powszechnie panuje głód relacji międzyludzkich – już wszystko mamy, a o tym jakoś zapomnieliśmy. Udowodniono naukowo, że ustawienie ławek czy siedzisk pod kątem 75 do 90 sprzyja nawiązaniu kontaktu. Jeżeli postawimy ławki naprzeciwko siebie – to jest wyzwanie. Ustawienie siedzisk obok siebie, liniowo – zupełnie nic, żadnej reakcji. Bardzo istotne w urządzaniu przestrzeni jest to, żeby dostosować skalę, dostosować układ form przestrzennych do tego, żeby człowiek się dobrze czuł, żeby nie czuł się przytłoczony przez projekt czy wyposażenie przestrzeni. Uważam, że aby tworzyć przestrzeń naprawdę przyjazną, akceptowaną, trzeba rozmawiać z jej użytkownikami i maksymalnie wykorzystywać ich opinie.

A. G.: Nawet opinie ludzi, którzy są laikami w tej dziedzinie?

E. R.-M.: Tak. Bo oni bardzo dużo wbrew pozorom wnoszą. Jako potwierdzenie podam przykład Rynku mojego ukochanego Starego Fordonu. Świadomość społeczności tworzy się tam już od jakiegoś czasu. Nie było jednak łatwo dotrzeć do niej, żeby dowiedzieć się, czego tak naprawdę oczekuje od tej rynkowej przestrzeni, która miała być dla niej zaprojektowana. Pytano mieszkańców o opinie, ale ci nie potrafili dobrze przekazać swoich życzeń czy oczekiwań. Przygotowaliśmy ze studentami koncepcje zagospodarowania rynku: kilka, wariantowo, żeby mieszkańcy zobaczyli, jak może być, lecz także – jak nie powinno być. Tu działa wyobraźnia. Przecież mogą nie wiedzieć, coś im się wydaje, ale jak zobaczą, to zaraz będzie inaczej, mogą zweryfikować oczekiwania. W jednej ze szkół zorganizowaliśmy prezentację studenckich koncepcji. Przyszli mieszkańcy, studenci opowiadali o swoich pomysłach. To było dla nich świetne doświadczenie. Uwielbiam prace na żywej tkance. Staram się, żeby studenci działali nie w zamkniętych salach, opracowując jakieś abstrakcyjne tematy, ale aby zawsze robili coś dla miasta.
Okazało się, że swoim działaniem wzbudziliśmy wielkie zainteresowanie mieszkańców Starego Fordonu. Zaczęli pytać, wyrażać opinie. Zorganizowaliśmy ankietę internetową i papierową – dla tych, którzy nie mają dostępu do internetu. Mieszkańcy na podstawie tego, co widzieli, mogli konkretnie odpowiadać na pytania, które zadawaliśmy – bo już mieliśmy się do czego odwołać. Na podstawie ich odpowiedzi sprecyzowano wytyczne do ogólnopolskiego konkursu na profesjonalny projekt rynku. Wybrany projekt został zaakceptowany przez mieszkańców, mam nadzieję, że jego realizacja spotka się z podobną aprobatą. Już w przyszłym roku zaczną się prace rewitalizacyjne na rynku. Ta metoda projektowego wsparcia realizowana ze studentami, zwana research by design, to szansa na lepsze poznanie oczekiwań użytkowników przestrzeni. Moim zdaniem partycypacja społeczna – w miejscach, gdzie można ją zastosować – jest idealną ścieżką do projektowania, do tworzenia przyjaznej przestrzeni. Następna kwestia – mało popularna – to tzw. prototypowanie. Jeżeli decydujemy się na to, żeby określoną przestrzeń (dotyczy to szczególnie mniejszych przestrzeni, np. placów, fragmentów ulic) zagospodarować tak, żeby się dobrze czuć, próbujemy dowiedzieć się od mieszkańców, jakie są ich oczekiwania i na tej podstawie z bardzo tanich materiałów tworzymy uproszczone formy elementów wyposażenia tej przestrzeni, które można przestawiać, zmieniać, a nawet ostatecznie zlikwidować. Prototypowanie ma zapobiegać sytuacji wprowadzenia znaczących, kosztownych zmian w otoczeniu, które by źle oddziaływały na użytkowników danej przestrzeni. W Bydgoszczy jednak nie wystąpiły jeszcze tego typu działania, a szkoda, bo znam wiele miejsc, które można by ciekawie zagospodarować. Mam na myśli coraz bardziej popularne dzisiaj woonerfy – ulice przyjazne pieszym, przez które może co prawda przejechać samochód, ale czuje się on intruzem, zatrzymuje się tylko na chwilę i szybko odjeżdża. Ulice są bardzo mocno zawężone, dużą przestrzeń zajmuje zieleń, istotną rolę odgrywają rozrzucone liczne meble miejskie. Wiele jest woonerfów w Łodzi, są woonerfy w Gdańsku. Pierwszy woonerf w Bydgoszczy, którego powstanie to mój pomysł, ma być zlokalizowany w Fordonie – będzie elementem wschodniej pierzei rynku, w miejscu wyłączonym z ruchu. To wyłączenie z ruchu to też ogromny sukces, wynikający poniekąd z naszych opracowań. Wiele trudu kosztowało przekonanie mieszkańców o słuszności tej koncepcji, musieli przecież zrezygnować z wygodnych dla siebie rozwiązań – parkowania pod kościołem, swobodnego objeżdżania rynku. To naprawdę wiele znaczy, że nie była to decyzja odgórna, ale ich wybór świadczący o akceptacji projektów nowego zagospodarowania.
Niezmiernie istotna jest praca nad gustami społeczeństwa. Jest bowiem wielu ludzi, którzy są skrajnie obojętni wobec tego, co ich otacza – przechodzą, nie zwracając najmniejszej uwagi na mijaną przestrzeń. Przede wszystkim należałoby zacząć od kształcenia dzieci. Obecnie nie funkcjonuje żadne przygotowanie estetyczne, plastyczne młodzieży. Jest świetny program z zakresu kształtowania przestrzeni przygotowany przez Królewski Instytut Architektury Irlandii “Shaping Space” (występuje również wersja polska). SARP (Stowarzyszenie Architektów Polskich) próbował wprowadzić go do szkół średnich na zasadzie pilotażu. Ma on uczulać młodych ludzi na różnego rodzaju kwestie związane z przestrzenią. Jednakże jest to szersze zagadnienie – dotyczy całego systemu kształcenia. Bo tak naprawdę to kto myśli dzisiaj o architekturze, sztuce, estetyce? Czy mają jakiekolwiek znaczenie? Nasz świat jest zagoniony, nomadyczny – ciągle się przemieszczamy, a nawet jeśli się nie przemieszczamy, to w każdej chwili możemy być wszędzie. Bezustannie oddalamy się od tego „miejsca” w znaczeniu fizycznym, materialnym, namacalnym. Wierzę, że nastąpi zwrot – i on się już dzieje. Zaczniemy szukać własnego kawałka podłogi, miejsca, w którym czujemy się naprawdę dobrze, gdzie znamy sąsiadów, gdzie nie martwimy się o bawiące się przed domem dziecko, gdzie otacza nas znany krajobraz, oko cieszą estetyczne, ale swojskie budowle, gdzie nie jest nam wszystko jedno. Wydaje mi się, że trzeba dojrzeć do takiego sposobu postrzegania, że on przychodzi z czasem, w miarę nabywania doświadczeń życiowych. Warto o tym mówić. Ważne, żeby mieć świadomość, że jest to naturalna potrzeba, że trzeba starać się, aby w tym biegu pewnych kwestii nie zatracić, nie zgubić, nie zniszczyć.

E. L.: Jak w tym kontekście postrzega Pani zmiany, które zaszły w Bydgoszczy od czasu, gdy była Pani Miejskim Konserwatorem Zabytków?

E. R.-M.: Bardzo dużo się zmieniło. Zupełnie inny jest teraz zakres środków, którymi konserwator dysponuje, mechanizmy finansowania remontów itd. Ja do dyspozycji miałam zaledwie kropelkę w stosunku do tego, co jest aktualnie. W związku z tym prace, które prowadzi obecnie konserwator, mają zupełnie inny wymiar. Widzimy, ile zrobiono w ciągu tych ostatnich lat: mamy całe ciągi ulic wyremontowanych. Co prawda ulica Cieszkowskiego, którą remontowałam jakieś 30 lat temu, znowu nadaje się do remontu. Za moich czasów odnawialiśmy także Plac Wolności 1 (dawny McDonald’s, obecnie Manekin), który niedawno był już odświeżany, chociaż robiliśmy to technologiami silikonowymi (pierwsze realizacje z wykorzystaniem tych technologii w Europie Wschodniej to rumuński Pałac Ceausescu i właśnie nasza Bydgoszcz). Tak samo Hotel „Pod Orłem” – to były pionierskie technologie. Teraz to wszystko jest dostępne. Myślę, że jest znacznie łatwiej również dlatego, że jest inna świadomość mieszkańców i decydentów. Pamiętam, jak ludzie pytali mnie: „O co chodzi? przecież w Bydgoszczy nie ma żadnych zabytków”. Niezmiernie trudno było dotrzeć z przekazem, że wiek XIX też ma swoją wartość, liczy się nie tylko gotyk, romańszczyzna i renesans. Mamy inne zabytki, co nie znaczy: gorsze.

E. L.: Gdyby mogła Pani wybrać jeden obiekt w Bydgoszczy, który chciałaby zrewitalizować, odnowić – co by to było?

E. R.-M.: Chciałabym całą Wenecję Bydgoską poddać przekształceniu, żeby się tą „Wenecją” stała. Oczywiście jest to niemożliwe, bo są różni właściciele i nie sposób dojść do porozumienia. Moim zdaniem Wenecja jest źle estetycznie realizowana – straciła na charakterze w stosunku do tych czasów, które pamiętam. Powinno się bardzo pilnować, aby kolejne remonty – wszystko, co się tam dzieje – cały czas zachowywały charakter tego miejsca. A tam za bardzo odświeża się ściany, używa się styropianu do docieplenia, wprowadza się obce materiały, słabe tandetne reklamy. To mi się nie podoba. Ciąg pieszy, który jest po stronie Wenecji, powstał z mojej inicjatywy. Wiedziałam, że dopóki nie damy ludziom możliwości wejścia na tę drugą stronę rzeki, żeby mogli tam swobodnie przechodzić, to nigdy nie ruszy funkcjonalnie i inwestycyjnie zaplecze kamienic ul. Długiej, Wełnianego Rynku i Poznańskiej – tworzących naszą Wenecję, bo nie będzie do niego dostępu. Bardzo żałuję, że już nie ma tzw. Galeriowca, którego już mało kto pamięta, a który znany jest ze starych obrazów, ze starych grafik. Jak się wchodzi na Wyspę Młyńską od strony ul. Niedźwiedziej, po prawej stronie przed mostem jest pusta przestrzeń. Proszę zwrócić uwagę, że przez wiele lat (teraz jest już zrobiona elewacja, a budynek – docieplony) ściana tego pierwszego budynku prokuratury była surowa, nietknięta, ceglana, żeby przypominać, że tutaj obok był budynek, żeby o tym nie zapomnieć. Wydano zgodę na rozbiórkę ze względu na stan techniczny i nikt już go nie odbudował, a był to przepiękny budynek – znak rozpoznawczy Wenecji Bydgoskiej. Jego charakterystyczne galerie nadwieszone nad wodą, susząca się bielizna, biegające dzieci – to prawdziwy klimat Wenecji. Były plany, żeby przekształcić ten budynek w hotel (z prawem pierworezerwacji dla oficjalnych gości miasta). Jednak nie udało się ich zrealizować. Byłoby to bardzo korzystne dla właściwego ukształtowania tamtej przestrzeni, gdyby udało się most i wejście na wyspę z dwóch stron zamknąć/ścisnąć zabudową: najlepiej działa wdech – wydech, a w przestrzeni: wąsko – szeroko, jak to mamy teraz w przypadku nareszcie zwężonej ulicy Mostowej otwierającej się ciasną perspektywą na Stary Rynek.

A. G.: Czy ma Pani jakieś ulubione miejsca/przestrzenie, do których często Pani wraca, lub takie, do których chciałaby Pani dotrzeć?

E. R.-M.: Bardzo lubię – myślę, że nie jestem w tym odosobniona – miejsca klimatyczne, o małej skali, miejsca zniszczone, wąskie uliczki... Nie lubię chodzić szlakami. Kiedy jestem w jakimś mieście po raz pierwszy, to wiadomo, że siłą rzeczy trzeba „odhaczyć” najważniejsze adresy. Staram się jednak jak najszybciej mieć to za sobą, a potem zapuszczam się do miejsc, które mogą mnie czymś zaskoczyć, gdzie mogę coś odkryć, gdzie toczy się prawdziwe życie – nie to pocztówkowe, a zwyczajne. W takich miejscach lubię odpoczywać. Nie znoszę leżeć na plaży, nic nie robiąc, uwielbiam chodzić po miejscach „dziwnych”. Bardzo lubię Włochy, Hiszpanię. W zeszłym roku byłam w Kraju Basków – coś pięknego, rewelacja. Pojechaliśmy do Bilbao – trzeba było tego Gehry'ego zobaczyć... Ale dopiero jak zaczęliśmy się zapuszczać do tych portowych miasteczek, do miejsc, w których zatoka podczas przypływów wchodzi głęboko w ląd... dopiero wtedy poczułam, że doświadczam czegoś niesamowitego. To są tak piękne miejsca – i to takie „niezrobione”, nie pod turystów, zabiedzone. Można wejść do knajpki, gdzie są ludzie, którzy tam całe życie siedzą i chyba w ogóle nie wychodzą... Albo siedzą przy chałupach, palą papierosy, rozmawiają, grają w szachy... Cudo – to jest to. Nie byłam nigdy w Portugalii – moje wielkie marzenie to pojechać właśnie tam i pokrążyć po tamtejszych uliczkach. W tym roku tak się złożyło, że pojechaliśmy do Bułgarii. Ciekawy kraj – ludzie przyjaźni, dużo rzeczy do oglądania, ale jak najdalej od Złotych Piasków, Warny, postkomunistycznych hoteli itd. Wybraliśmy Sozopol – i tam wrócimy, bo byliśmy za krótko. Miejscowość ta jest położona bliżej granicy tureckiej, na cyplu ma przepiękną starówkę, ale nie „zrobioną”, tylko żywą, prawdziwą, gdzie ludzie normalnie mieszkają. Chodzi się wąskimi uliczkami, trzeba się dosłownie przeciskać między domami – jest tam ciekawa tradycja, że zabudowa wzdłuż ulicy nie tworzy zwartej pierzei, tylko każdy budynek musi być wolnostojący. Domy stoją jednak tak blisko, że nietrudno jest między nimi utknąć. Właśnie takie klimaty lubię. Chociaż... gdy jeżdżę np. do Torunia, spotykam się ze znajomymi najczęściej w Centrum Sztuki Współczesnej – w ogóle nie odcinam się od rzeczy nowoczesnych. Są równie fascynujące.

A. G.: Pasjonuje się Pani również fotografią. Jaką postawę przyjmuje Pani wobec uwiecznianego fragmentu rzeczywistości? Dokumentuje Pani chwilę czy raczej stara się wnikać głębiej, przemycać „podskórne” treści?

E. R.-M.: Fotografia jest dla mnie doskonałym uzupełnieniem malarstwa. Często wykorzystuję swoje fotografie, malując. Fotografując, utrwalam jakiś motyw, detal. Nigdy nie robiłam żadnych szkiców w terenie, do tego służy mi właśnie fotografia. Nie fotografuję ludzi, czekam wręcz, żeby ludzi nie było. To, co mnie zajmuje najbardziej, to architektura, a w obrębie samej fotografii – kompozycja. Lubię układy asymetryczne, z miejscami w kadrze, które są puste, niezagospodarowane, lubię kontrastowe zestawienia. Lubię też wykorzystywać różne efekty, które można uzyskać dzięki światłu – odnotowywać, jak mocne słońce i mocny cień zmieniają odbiór tego samego kadru. Czasami nawet jak mam taką możliwość, idę w to samo miejsce kilka razy – przy różnym oświetleniu – i fotografuję.

A. G.: Ale nie ma jednak przypadkowości w Pani fotografiach, jest koncepcja, przemyślana kompozycja.

E. R.-M.: To prawda. Mam lekkiego bzika na punkcie kompozycji. Lubię czasem czekać na idealne warunki – aż coś się parę milimetrów przesunie... i wtedy robię zdjęcie. Mam wrażenie, że gdy fotograf poszukuje harmonii w kadrze, to widz – być może podświadomie – tę koncepcję odczyta, może dłuższą chwilę zapatrzy się na taki kadr. Gdy robimy zdjęcia przypadkowo, często są one „ładne”, ale nie zapadają w pamięć, oglądamy setki takich fotografii. Sztuką jest sfotografować tak, aby to zobrazowanie zatrzymywało widza na dłużej, aby wywołać jego reakcję, zaintrygować go, może wywołać jakąś refleksję. Nie jestem jednak predysponowana do wypowiadania się na ten temat. Jestem przecież fotograficzną amatorką.

A. G.: Prowadzi Pani Pracownię Kształtowania Przestrzeni, współorganizuje konferencję ”Young4Design”. Jak wygląda Pani współpraca ze studentami? Dogadujecie się Państwo? Czy praca dydaktyczna wspiera pracę twórczą czy raczej ją zaburza?

E. R.-M.: Uwielbiam studentów, uwielbiam młodych ludzi i nie wyobrażam sobie, że dzisiaj mogłabym robić coś innego. Dobrze czuję się w tej roli. Podczas festiwalu ”Young4Design”, który wymyśliliśmy wspólnie z prof. R. Fajtanowskim, studenci mogą zaprezentować swoje projekty, a także swoje dokonania, które realizują poza uczelnią. ”Young4Design” to inicjatywa skierowana również do zewnętrznych podmiotów – takie było jego założenie: pokazać, że studenci wzornictwa mają ogromny potencjał i mogą po prostu przydać się otoczeniu. Festiwal ma także pomóc studentom w znalezieniu zatrudnienia. Jest to również promocja kierunku – poszukiwanie kandydatów na studia z zakresu wzornictwa. Impreza jest organizowana zawsze tego samego dnia co wernisaż dyplomów wzornictwa – widz ma zatem przekrój działalności kierunku: od konferencji wykładowców, przez wystawę prac studentów, po wernisaż dyplomantów.
Bardzo lubię pracować ze studentami. Naprawdę dobrze się czuję w ich towarzystwie. Zawsze staram się traktować ich jak partnerów, od których można się sporo dowiedzieć – żeby nie tracić kontaktu ze światem, w którym oni żyją, bo to jest i mój świat. Chciałabym, aby zajęcia, które prowadzę, były nie z typu tych „do odhaczenia”, ale aby dowiadywali się czegoś ciekawego. I chyba nie jest źle, bo po zajęciach zostają, pytają, interesują się, rozmawiają. Trzeba pamiętać, że to jest wzornictwo, nie architektura, i problemy przestrzeni to jedno z wielu zagadnień, które poznają. Jednak nie można zapominać też, że wszystkie uwarunkowania, które wpływają na kształtowanie przestrzeni w skali makro, mogą obowiązywać również podczas projektowania w mikroskali. Jak można zaprojektować mebel, nie znając podstawowych pojęć z architektury, nie wiedząc nic o proporcjach?
Jedyne, czego się obawiam, to nuda. Nie jest tak, że studenci mogą przygotowywać sobie tutoriale z zajęć Raczyńskiej. U mnie co roku jest co innego. Dlaczego? Bo nie znoszę powtarzalności, bo najpierw mnie musi to „kręcić”. Musi być energia. Zrobiłam nawet znaczące odstępstwo w prowadzeniu wykładów – wybieram np. dziesięciu najbardziej znanych na świecie architektów, studenci przygotowują swoje prezentacje, dyskutujemy, oglądamy mnóstwo obrazków, na podstawie których uczą się rozpoznawać cechy charakterystyczne stylu każdego z nich. Bo tak naprawdę to jest najważniejsze. Nieistotne są daty i fakty, ważne jest, żeby „wyćwiczyć sobie oko”. Możesz pierwszy raz widzieć dany obiekt, ale gdy masz „wyrobione oko”, to już wiesz, po prostu wiesz. Na zajęciach robimy „burze mózgów”, wymieniamy się spostrzeżeniami, opiniami. Myślę, że studentom też to odpowiada. Mam świadomość, że dla studentów wzornictwa zajęcia z kształtowania przestrzeni mogą być jedyną i ostatnią w życiu okazją, żeby otrzeć się o problemy architektury i urbanistyki. Chcę wierzyć w to, że jakaś wrażliwość na te zagadnienia w nich pozostanie na zawsze.

A. G.: Czy potrafi Pani wyznaczyć wyraźną granicę między pasją a pracą? Jak łączy Pani te przestrzenie?

E. R.-M.: Nie potrafię. Staram się, żeby całe moje życie było pasją. Staram się, żeby wszystko co robię, sprawiało mi przyjemność. Gdy czuję, że któraś z moich „składowych” zaczyna stygnąć, natychmiast „podrzucam do ognia”. Codziennie pytam samą siebie: „Czego nowego dziś się nauczyłaś?” Nie cieszy mnie stabilizacja, to, że jest ciągle tak samo. Po prostu szkoda życia.
Mam jeszcze jedną pasję, o której nie wspominałam. To muzyka: od Rammsteinu, przez trip hop, jazz, po muzykę klasyczną. Mam ogromną kolekcję płyt. Jeżdżę na koncerty, Open’ery. Maluję zawsze przy muzyce – dobieram ją do tego, co chcę malować. To, co chciałabym robić, a co jest moim wielkim niespełnionym marzeniem, to reżyserowanie teledysków. Połączenie muzyki z obrazem to coś pięknego. Zrobienie tego doskonale – zgranie, wyczucie emocji, wpasowanie w rytm i w ogóle parafraza tego, co się słyszy, na obraz – to jest niesamowite. Pomysł! Własna kreacja – nie trzeba czasem znać, rozumieć słów. Obraz działa na mnie bardzo sugestywnie. Często słysząc muzykę, nie zwracam na nią uwagi, a w połączeniu z obrazem po prostu się nią zachwycam. Czasem też to muzyka skłania mnie do tego, żeby zobaczyć teledysk – zdarza się, że się rozczarowuję, bo obraz zdaje się być kompletnie niedopasowany do muzyki, totalnie chybiony.

A. G.: Jakie ma Pani plany na najbliższą przyszłość?

E. R.-M.: Cały czas maluję. Przygotowuję swoją kolejną wystawę indywidualną. Chcę na niej pokazać moje nowe prace, znowu zupełnie inne. Staram się skupiać na tym, co tu i teraz, cieszyć każdym dniem.

A. G.: Życzymy powodzenia i dziękujemy za rozmowę.

 

Rozmawiała Aleksandra Górska i Ewa Lewandowska


Drukuj