Potrzebni są dobrze wykształceni ludzie

Rozmowa z doktorem nauk humanistycznych Jackiem Janiszewskim, absolwentem Wydziału Zootechniki Akademii Techniczno-Rolniczej w Bydgoszczy, byłym ministrem rolnictwa, organizatorem WELCONOMY Forum w Toruniu.

Jakie emocje towarzyszą powrotowi po latach w mury Alma Mater?

– Gdy jestem na dawnym wydziale zootechniki, rolnictwa czy po prostu w kampusie, to czuję zapach tamtych czasów. Nie potrafię tego sprecyzować. Mimo odświeżonych ścian, pięknych budynków wciąż unosi się ta specyficzna atmosfera. Czuję się tutaj po prostu dobrze. Studia na ówczesnym ATR rozpocząłem przez przypadek. Uczyłem się w Technikum Mechaniczno-Elektrycznym w Toruniu. Marzyłem, żeby zostać lekarzem. Kiedy okazało się, że po tym technikum jest to niemożliwe, po cichu (nie informując rodziców) uczyłem się biologii, żeby się dostać na ATR. Im intensywniej się uczyłem, tym bardziej byłem przekonany, że to jest moje miejsce na ziemi. Po trzecim roku pojechałem na półroczną praktykę, już wówczas z moją żoną Grażyną, z którą studiowałem na jednym roku, do Wielgiego. Tam na całe życie pokochałem owce. Potem przygoda ze wspaniałymi uczonymi, jak dr Dankowski, który wspierał mnie przy pracy magisterskiej dotyczącej behawioryzmu, zresztą jednej z pierwszych w Polsce na ten temat. Zawsze sobie żartuję, że jak pisałem „magisterkę”, to patrzyłem na zwierzęta jak na ludzi, a jak robiłem doktorat z socjologii, to patrzyłem na ludzi jak na zwierzęta, bo moja praca doktorska poświęcona była manipulacji.
Najpierw stał się Pan ekspertem od owiec, potem zarządzał wielkim popegeerowskim gospodarstwem w Szczecińskiem. Jak Pan trafił do polityki?

Startowałem w wyborach samorządowych, zostałem radnym gminy, wybrano mnie do sejmiku, a tam, ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu, wszedłem do prezydium i tak się potoczyło… Zostałem dyrektorem wydziału rolnictwa. To też była piękna przygoda. W 1993 roku zaproponowano mi tekę ministra rolnictwa.

Jak się od tamtych czasów zmieniły tereny wiejskie?

– To jest kosmos! Moja pierwsza przygoda z Polską „C”, czyli częścią wschodnią, rozpoczęła się właśnie w 1993 roku, kiedy zostałem ministrem. Spadł wielki grad na tych terenach. Pani premier kazała mi wziąć samolot i oblecieć dotknięte klęską miejsca. To było ogromne nieszczęście. Bardzo zaprzyjaźniłem się z tym regionem. Pochodzi z niego moja synowa, regularnie tam jeżdżę. Jest to najlepiej rozwinięta część Polski w sensie kultury otoczenia, czystości. Dla mnie to jest przykład Polaków, którzy nigdy nic nie dostawali od państwa. Górale, ludzie z Podlasia, którzy mieli małe gospodarstwa, sami musieli sobie radzić. Nigdy nie martwiłem się o wschodnią część Polski czy południowo-wschodnią, bo wiedziałem, że mieszkańcy zawsze sobie poradzą. Nie obawiałem się o wielkie gospodarstwa, które powstały na bazie PGR-ów, dlatego, że ziemia w dużym areale ma tę cechę, że przetrzyma nawet najgorszego gospodarza. Najbardziej się martwiłem o Wielkopolskie i Kujawsko-Pomorskie, gdzie przez 40 lat PRL-u byli ludzie bardzo bogaci.

Dlaczego właśnie o nich się Pan bał?

– Kryzys zawsze najbardziej dopada tych, którzy uważają się za świetnych. Oni potrzebują dużo czasu, aby ochłonąć po wstrząsie. I nawet powiem, że Kujawsko-Pomorskie poradziło sobie lepiej

Co jest obecnie największą potrzebą rolnictwa?

– Zmiana mentalności. Rolnicy często zazdroszczą sobie, ale nie próbują tych najlepszych dogonić, tylko myślą, jak im zaszkodzić. I to jest dramat. Na szczęście ten sposób myślenia powoli się zmienia. Musimy pamiętać, że w międzywojniu i po wojnie, w czasach PRL-u niekwestionowani liderzy zginęli. My tak naprawdę jesteśmy na etapie odbudowywania autorytetów w środowiskach wiejskich. Potrzebni są ludzie, którzy będą dobrze wykształceni, dobrze usytuowani i staną się swoistymi przewodnikami na wsi dla tych, którzy sobie gorzej radzą. Wybiegną na tyle daleko, że cała reszta nie będzie mogła im przeszkodzić i w związku z tym ich wysłucha.

Kto mógłby być dziś takim autorytetem?

– Nasi absolwenci z UTP, którzy przejęli gospodarstwa, którzy wracają na wieś. Taki program telewizyjny „Rolnik szuka żony” pokazuje, że rolnik nie jest już na ostatnim miejscu zawodów. Zawsze walczyłem z wizerunkiem wsi pokazywanym w telewizji, z chłopem z widłami, rozklekotanym ciągnikiem. Przecież takiej wsi nie ma już od wielu, wielu lat. Dlatego wykładowca czy polityk, dobrze wyglądający, czysty, elegancki, świetnie wykształcony, który mówi – jestem rolnikiem – ma szansę stać się takim autorytetem.

Ale to się już dzieje, wielu naszych absolwentów jest tego przykładem. Warto też docenić rolę kobiet na wsi.

– Poruszyła Pani ważną sprawę. Rozmawiamy o autorytetach, a przecież to są przede wszystkim kobiety. Wiele razy podczas spotkań na wsiach mówiłem właśnie do kobiet, bo to one mają wpływ na mężczyzn. Kobiety bardzo dobrze wyczują, czy mówi się mądre rzeczy, czy to jest głos fałszywy. Rola kobiet na wsi jest nie do przecenienia, dlatego że mają one większe potrzeby poczucia bezpieczeństwa. Są tymi korzeniami, które stabilizują życie wiejskie i je upiększają.

Jakie znaczenie ma dziś integracja i współpraca?

– Ogromne. Dlatego powstało stowarzyszenie „Integracja i współpraca”. Dlatego też zrezygnowałem z polityki, bo osiąganie kompromisu jest dla mnie bardzo ważne. I nie wiem, czy będę wracał. Uważam, że to ciężki zawód, jeśli traktuje się go poważnie – i na dodatek jeszcze nisko płatny.

Osiąganie kompromisu, konstruktywne rozmowy to idee, które przyświecają Forum Gospodarczemu od kilku lat organizowanemu najpierw w Ciechocinku, potem w Toruniu. Czy tam też można szukać autorytetów w życiu publicznym?

– Gdy powstawało stowarzyszenie, wydawało mi się, że ludzi, a szczególnie polityków trzeba uczyć współpracy, szacunku i nieodbierania sobie godności. Miałem wówczas 32 lata i wydawało mi się, że z czasem to zniknie. Niestety dziś mam poczucie, że znowu wróciło. Wydaje mi się, że im większą grupę zaprosimy do Torunia na Welconomy, żeby zmagała się intelektualnie, tym większe są szansę na konstruktywne decyzje, ponieważ z dyskusji w telewizji nic nie wynika.

Tegoroczne Forum odbywa się pod patronatem Jana Pawła II, wielkiego autorytetu dla wielu Polaków.

– Stulecie urodzin wielkiego Polaka to znakomita okazja do spotkania. W życiu Jana Pawła II i kościoła jest wiele ekonomii. Dlatego poprosiłem Caritas, żeby pokazało siebie jako jednego z większych pracodawców w Polsce, instytucję, która robi dużo dobra, ale też musi się poruszać w określonych przepisach prawnych i ekonomicznych. Chcę pokazać Kościół nie z punktu widzenia sacrum, tylko zwyczajnego życia, które też go dotyka.

Co może Pan jako wykładowca powiedzieć o obecnych studentach?

– My chodziliśmy do takich „szkół jezuickich”. Przede wszystkim wisiał nad nami miecz Damoklesa. Jeśli nie zdasz, idziesz do wojska i rujnujesz życie. Natomiast jeśli zdasz, wchodzisz do zupełnie innej kasty obywateli. Był więc ogromny stres, ale i nagroda. Jeśli mam porównać, to poziom ogólnego wykształcenia, któremu nie są winni studenci, bo jednak ktoś ich wykształcił i dał im maturę, jest coraz niższy, a tolerancja dla niewykształcenia coraz większa. Musimy więc to powstrzymać na poziomie matury dającej gwarancję, że coś się potrafi i można iść na studia. Ja wskazuję moim studentom, co wiedzą, czego nie. Nie obwiniam. Uważam, że powinno się łączyć kierunki studiów, np. techniczne z humanistycznymi. Da to młodym ludziom większe szanse zdobycia pracy i osiągnięcia sukcesu, szersze horyzonty. Kiedyś studia dawały pracę i mieszkanie – dzisiaj samorozwój.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiała: Ewa Lewandowska
zdjęcia: Ryszard Wszołek


Drukuj