Mężczyzną i kobietą stworzył ich…

Artykuły popularnonaukowe

W jednym z najpiękniejszych tekstów literatury europejskiej, w Uczcie Platona, filozof próbuje odpowiedzieć na pytanie, na czym polega natura miłości. Każdy z bohaterów biesiady, który przyszedł świętować sukces poetycki Agatona, przedstawia swoją własną wersję tej odpowiedzi. Bogactwo pomysłów, jakimi bawi się Platon, stanowi niewyczerpany zasób, z którego skorzystają wszystkie późniejsze pokolenia, niewiele przy tym dodając od siebie. Wkładając w usta bohaterów wiele różnych opowieści na temat miłości, Platon wskazuje, jak złożone jest to zagadnienie i jak niewiele o nim tak naprawdę wiemy. Pojawiają się różne perspektywy wyjaśniania natury erosa, w tym między innymi medyczna, ale większość z nich nie może wyzwolić się od jej mitycznych wyobrażeń. Tak, jakby temat miłości umykał żelaznej dyscyplinie rozumu i wzbudzał do lotu wyobraźnię, która nie w oddzielnych terminach czy sztywnych wnioskowaniach, lecz w plastycznych i wartkich obrazach szuka możliwości wyrazu tego, co każdy z nas tak dobrze zna z własnego doświadczenia.

 

Kiedy przychodzi kolej na komediopisarza Arystofanesa, ten w swoim stylu, pół żartem, pół serio, decyduje się odpowiedzieć na wyjściowe pytanie, przywołując przedziwny mit o pierwszych ludziach. Dzielili się oni wedle trzech płci: męskiej, żeńskiej i obojnaczej. Trzecia płeć składała się z dwóch połówek: męskiej, żeńskiej lub męskiej i żeńskiej. Tak więc każdy z osobników miał dwie głowy, cztery ręce i cztery nogi, dwoje pleców i dwa miejsca przyrodzone… Strasznie silne były to istoty. Dlatego bogowie zaczęli się ich obawiać, że zaczną oni budować schody do nieba i spokój im zakłócać. Nie czekając na bieg wydarzeń, Zeus postanowił ich osłabić w ten sposób, że zlecił Apollinowi porozcinać ich jak „owoce na kompot”. „Niech chodzą prosto na dwóch nogach”. Po wykonaniu polecenia Zeusa, przepołowieni ludzie zaczęli być nieszczęśliwi, zaczęli szukać drugiej połowy, a gdy ją już znaleźli, tonęli w miłosnych uściskach, chcąc na powrót przywrócić utraconą jedność. Nie jedząc i nie pijąc, ginęli, a gdy jedna z połówek umarła, ta, która pozostała przy życiu, szukała następnej, z którą mogłaby się połączyć i przywrócić dawny stan jedności, i tak w nieskończoność. Widząc to Zeus zlitował się nad nimi i nakazał przenieść im miejsca wstydliwe naprzód, bo „dotychczas i to mieli na zewnątrz i płodzili nie ku sobie, jak dzisiaj, ale do ziemi strzykali, jak piewiki polne” (tłum. W. Witwicki). Dzięki temu, kiedy mężczyzna na kobietę trafi, powstaje nowe życie, a kiedy mężczyzna na mężczyzną lub kobieta na kobietę „przynajmniej żądzę zgaszą uściskiem, a wypocząwszy mogą wracać do roboty i dbać o inne sprawy żywota”. Na tym więc polega miłość: aby „z dwojga ludzi dawną jedność stwarzać i tak leczyć naturę człowieka”.

W zgodzie z przytoczonym wyżej mitem, miłość to skutek tego, że każdy z nas jest tylko połową całości, którą niegdyś był – „kuponem od biletu całego”, „niby ryba płaszczka”. Zdaniem Platona, który wyraża się tu w imieniu wszystkich starożytnych Greków, nie ma istotowej różnicy pomiędzy płciami i pomiędzy rodzajem miłości, jaką one się darzą. Miłość heteroseksualna i homoseksualna polega dokładnie na tej samej tęsknocie za drugą połową, z którą było się niegdyś zrośniętym. Kto był zrośnięty z mężczyzną, tęskni do mężczyzn, a kto z kobietą – do kobiet. Każda miłość wynika z tej samej dramatycznej sytuacji, ale – i to jest rzecz, która może nas dziwić – nie każda miłość stoi w hierarchii na tym samym poziomie. Pierwszeństwo Grecy przyznawali miłości homoseksualnej pomiędzy mężczyznami, albowiem ich zdaniem, najlepsza sytuacja jest wówczas, gdy to, co najbardziej rozumne i najsilniejsze spotyka się z tym, co najbardziej rozumne i silne. A tym jest właśnie pierwiastek męski: rozumem i siłą, z którymi nie może się równać to, co kobiece. Dlatego kobiety i mężczyźni z natury mają inne potrzeby i inne miejsca zajmują w społeczeństwie.

Kiedy czytamy takie opowieści, mimo całej życzliwości dla piękna stylu i pomysłowości ich autorów, mamy ochotę przyznać tego rodzaju „prawdom” jedynie historyczno-kulturową wartość. Rzeczywiście ideał męskiej miłości był w kulturze greckiej wysoko oceniany i kultywowany. Ale – powiemy – to było dawno i wiele od tego czasu się zmieniło. Dzisiaj już wiemy, że kobiety w niczym nie ustępują mężczyznom, a ich miejsce w społeczeństwie i historii wynika z męskiej, koniec końców, fizycznej przewagi nad kobietami. Poza tym, jak można wyżej cenić miłość homoseksualną od heteroseksualnej, skoro tylko ta ostatnia związana jest z rozmnażaniem i pozostaje w „zgodzie z naturą”?!

Pomimo tego, że obiektywna wiedza na temat płci i ich wzajemnych relacji, w tym relacji władzy, jest dziś stosunkowo duża, a studia na ten temat przyrastają w tempie błyskawicznym, wciąż żywe są pośród nas przekonania, które przypisują poszczególnym płciom sztywne i bezwzględne role i zachowania. Choćby jakże częste stawianie kobiet w roli świętych, matek, żon, córek i kochanek, i przyznawanie im ściśle określonych zadań i miejsca w społeczeństwie, wynikających rzekomo z ich „natury”. Wedle tego wzoru, na przykład, kobieta predestynowana jest do bliskości, wewnętrzności, życia domowego, życia w ukryciu; jest bierna, uległa, łagodna, miękka, delikatna, słaba, chwiejna, skromna, wytrwała, wierna, pilna, zależna, grzeczna, cicha, wrażliwa, emocjonalna, uczuciowa, wstydliwa, przyzwoita, uprzejma, taktowna, gościnna, pomocna; jej domeną jest troska o ognisko domowe, upowszechnianie w świecie miłości, dobroci, piękna pokoju i szczęścia. Wielu z nas nie widzi niczego złego w przypisywaniu kobiecie tego typu cech; wydaje się wręcz, że w porównaniu z cechami, które przypisuje się „prawdziwemu” mężczyźnie, bycie tak rozumianą kobietą nie jest powodem do zmartwień. Naszkicowany wyżej zestaw cech „prawdziwej” kobiety (taki sam można by analogicznie stworzyć dla „prawdziwego” mężczyzny) jeszcze dzisiaj uchodzi za dar niebios lub natury, który należy z całą skrupulatnością potwierdzać w codziennym życiu. Dziewczynki noszą sukienki, chłopcy spodnie; dziewczynki ubierają się na różowo, chłopcy na niebiesko; dziewczynki lubią się grzecznie bawić, chłopcy są łobuziakami; dziewczynki siedzą prosto ze zsuniętymi nogami, chłopcy siedzą w rozkroku; dziewczynki są ciche, chłopców wszędzie pełno; dziewczynki są stateczne, za chłopcem nie nadążysz; dziewczynki ładnie mówią, chłopcy przeklinają; dziewczynki mają wiele do stracenia, dlatego muszą się pilnować, nie to, co chłopcy, którzy są urodzonymi ryzykantami, a skłonność do odkrywania tego, co nieznane, awanturnictwo i przygoda jest ich drugą naturą… Te rzekomo naturalne cechy, jakie związane są z byciem kobietą lub mężczyzną, determinują role, jakie w życiu odgrywamy, i pozycje, jakie zajmujemy na drabinie społecznej. Oczywiście, można by powiedzieć, że powyższe cechy i przypisywane rolom zachowania nie obowiązują w tak samo niekwestionowany sposób, jak jeszcze kilka dekad temu; dla wielu zresztą jest to taki sam powód do szczęścia, do ogłaszania kolejnych sukcesów na drodze postępu cywilizacyjnego, jak i powód do nieszczęścia, do ubolewania nad stanem współczesnego świata i melancholijnego wzdychania za dawnymi czasami. Faktem jednak jest, że pomimo ewidentnych zmian, jakie zaszły w przeciągu ostatnich lat w rozumieniu tego, co znaczy być dziś kobietą i mężczyzną, a co znajduje dobrą ilustrację w obrazie tzw. „kobiety nowoczesnej” i „nowoczesnego mężczyzny”, pomiędzy płciami nie ma pożądanej równości. Nie tylko w zaciszu życia domowego, ale także w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w Polsce, kobiety wciąż muszą borykać się z różnego rodzaju uprzedzeniami, stereotypami oraz przemocą: słowną, fizyczną, ekonomiczną, kulturową.

Przytoczony mit ukazuje płeć jako zagadnienie wplątane w cały szereg innych, równie fundamentalnych, problemów: bycia sobą, własnej tożsamości, bycia z drugim człowiekiem, miłości, śmierci, cierpienia, różnicy między kulturą i naturą, przyjemności seksualnej, prokreacji, rodziny, stratyfikacji społecznej etc. Nie dziwi więc, że podejmowany od czasu do czasu w przestrzeni publicznej problem płci kulturowej czy społecznej (gender) spotyka się z tak silnymi reakcjami. Jakby nie patrzeć, stanowi on punkt krzyżowania się najważniejszych zagadnień w życiu każdego człowieka. Pomimo tych emocji, a może właśnie z tego między innymi powodu, nie można dopuścić do tego, aby refleksja nad tym zagadnieniem została poniechana czy też uznana za nieważną, bo rozwiązaną na rzecz jednego dominującego stanowiska czy też ocenianą jako zbyt błahą w obliczu spraw bardziej palących.

Czym zatem jest płeć? Kiedy próbujemy odpowiedzieć na tak postawione pytanie, pierwsze, co się nasuwa, to doświadczenie naszego ciała i ciał innych osób. A ponieważ nasze ciała traktujemy jako byty biologiczne, bez problemu rozszerzamy nasze doświadczenie płci także na inne gatunki zwierząt. Wydaje się nam, że w pierwszej kolejności płeć określana jest biologicznie (sex), najkrócej rzecz ujmując, poprzez zmysłowe doświadczenie różnych narządów rozrodczych i ogólną budowę ciała (dymorfizm płciowy). Wiadomo dziś wszak, że jest to tylko jedno z wielu kryteriów identyfikowania płci biologicznej. Okazuje się, że płeć biologiczna ma wiele różnych kryteriów, a istnienie narządów rozrodczych określonego typu nie przesądza o płci danej osoby. Obok płci zewnętrznej odróżnia się płeć chromosomalną, gonadalną, fenotypową, hormonalną, metaboliczną, socjalną, mózgową, psychiczną. Płeć biologiczna (sex) jest więc składową różnych czynników, pośród których jedne mogą wskazywać na mężczyzną, inne na kobietę, w sumie jednak istnieje zwykle przewaga jednej płci nad drugą, w wyniku czego mówimy, że ktoś jest biologiczną kobietą lub mężczyzną. Sprawy się dodatkowo komplikują, gdy uwzględniamy to, co się nazywa płcią kulturową (gender). Mianem tym określa się wszystko to, co kształtuje płeć człowieka poza jego biologiczną konstytucją. Gender określa zarówno tradycyjne sposoby bycia kobietą, które widzą w niej opiekunkę ogniska domowego, jak i jego nowoczesne transformacje. W przeciwieństwie do płci biologicznej płeć społeczna ma historyczny charakter; w różnych epokach i społecznościach istniało nie tylko wiele najprzeróżniejszych sposobów określania tego, co kobiece i męskie, ale także wiele kryteriów przypisywania tych cech danym osobom.

Sięgając tylko do ostatnich trzech stuleci, które charakteryzują się największą dynamiką zmian społecznych, można wyróżnić co najmniej trzy różne sposoby rozumienia płci. W XVIII wieku płeć była różnicą stanu. Tak jak było się chłopem czy szlachcicem, tak było się kobietą lub mężczyzną. Nie liczyły się wtedy różnice psychologiczne, ważne były działania wynikające z panującej obyczajowości. Sytuacja zmienia się wraz z rewolucją przemysłową i rozkładem dawnego modelu gospodarstwa rolnego oraz rodzinnego warsztatu rzemieślniczego, z którymi wcześniej związany był podział płci. W XIX wieku wraz z rozdzieleniem życia zarobkowego od życia rodzinnego różnica płci funkcjonuje jako różnica charakterów. Ponieważ kobiety zajmują się domem, a mężczyźni zarabiają poza domem pieniądze na jego utrzymanie, ich związek nie może być budowany na kooperacji. W miejscu tej ostatniej pojawia się miłość, która przyciąga do siebie różne od strony psychologicznej osoby: mężczyznę i kobietę. Gdy pod koniec XIX wieku kobiety zaczęły coraz częściej podejmować pracę poza domem, różnica płci nie dała się już definiować poprzez odwołanie do relacji rodzinnych. Miejsce różnicy charakterów zajęła różnica ról, jakie każdy – mężczyzna i kobieta – odgrywa w społeczeństwie. Rola to zespół zachowań, wynikających z oczekiwań, jakie inni mają wobec danej osoby w określonej sytuacji. Role, jakie grają kobieta i mężczyzna, w dużej mierze odpowiadają temu, co dawniej określano jako różnicę charakterów płci.

Od pewnego czasu jednak zauważa się odchodzenie od definiowania płci poprzez rolę. Socjalizacja powoduje, że od dziecka przyswajamy i interioryzujemy społecznie akceptowany katalog zachowań, jaki społeczeństwo wyznaczyło kobiecie i mężczyźnie, ale ponieważ są to jednak tylko pewne role, które odgrywamy, możemy to robić w różny sposób, także i taki, który prowadzi do zakwestionowania danych oczekiwań. Coraz częściej uświadamiamy sobie, że bycie kobietą czy bycie mężczyzną nie określa nas jako ludzi i że związane z tymi rolami zachowania można realizować selektywnie, bacząc głównie na własną korzyść i przyjemność. A ponieważ jedną z największych przyjemności, jakie człowiek zna, jest przyjemność seksualna, następuje coraz większa seksualizacja płci, z czym wiążę się sprowadzanie jej cech do biologicznych atrybutów, świadczących o dużym potencjale reprodukcyjnym (troska o znaczny przyrost masy mięśniowej u mężczyzn, duże piersi, mocne włosy czy szerokie biodra u kobiet etc.). Podążając za tymi tendencjami i rysując w wyobraźni obraz tego, w jakim kierunki wyewoluuje to, co rozumiemy dzisiaj przez płeć, można by sobie wyobrazić taki moment w rozwoju cywilizacyjnym, w którym płeć kulturowa niejako pokryłaby się z zewnętrzną płcią biologiczną. Byłaby to jednak swoiście rozumiana płeć biologiczna, a mianowicie jako źródło czystej, seksualnej przyjemności. Czy tego rodzaju scenariusz ma jakieś prawdopodobieństwo realizacji? Dzięki rozwojowi technologii od dawna już widzimy wyraźne rozejście się porządku seksualnego i reprodukcyjnego, które w niedalekim czasie może doprowadzić do tego, że istoty ludzkie nie będą potrzebowały ani być poczęte, ani spędzać okresu prenatalnego w ciele matki, a wtedy uwolniona od naturalnych potrzeb płeć biologiczna stanie się materiałem swobodnej kreacji, której przewodzić będzie stworzony w celach hedonistycznych projekt płci kulturowej. Tym sposobem to, co rozumiemy dziś pod pojęciem kobiety, zostałoby zawężone, idąc za dzisiejszymi trendami, do wymiaru przyjemności, jaki może ona dawać równie wąsko pojmowanemu mężczyźnie. Chyba że w toku rozwoju technologii pojawi się przyjemność, która przewyższy przyjemność aktu seksualnego. Jest to zresztą całkiem możliwe, jako że przyjemność seksualna zawsze związana jest z ryzykiem i trudem, jakie niesie spotkanie innego człowieka. Wydaje się bardziej prawdopodobne, że przyszły rozwój technologii zapewni wrażenia przyjemności, jakich dotąd nie doznawaliśmy. A wtedy? Czy biorąc pod uwagę niechybną debiologizację płciowości, ta ostatnia – obojętnie w jakiej wersji: czy to biologicznej czy kulturowej – będzie miała jeszcze jakiś rozpoznawalny sens? Czy jedną z konsekwencji postępu technologicznego nie jest nieunikniony zanik wszelkiego podziału płci?

Z pewnością biorąc pod uwagę dzisiejszą sytuację kobiet i mężczyzn, tego rodzaju wizje mają niewielką siłę przekonywania. Są domeną raczej swobodnej gry wyobraźni niż poważnym problemem, którym należałoby się zająć. Nie bacząc na tak dalekie i, być może, zupełnie fikcyjne konsekwencje postępującej emancypacji oraz rozwoju technologicznego, trzeba dziś zatroszczyć się raczej o to, aby wszędzie, gdzie to tylko możliwe, odsłaniać i piętnować krzywdzące uprzedzenia i stereotypy. Wiele się zmieniło, ale wiele spraw potrzebuje jeszcze swego rozpoznania i zmiany. Zwłaszcza w Polsce, w której bardzo często broni się tzw. tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny, uznając je za najbardziej naturalne, nie chcąc zdać sobie sprawy z tego, iż ta „naturalność” jest konstruktem społecznym wspieranym stosunkami władzy. Nie chodzi o to, aby rozpuszczać wszystkie różnice w sosie relatywizmu kulturowego. Poza wszelką dyskusją akademicką i publicystyczną chodzi w pierwszej kolejności o to, aby zmniejszać wymiar nieusprawiedliwionego cierpienia i przywracać godność ludzką wszędzie tam, gdzie jest ona zagrożona. Stąd też moje osobiste życzenie, aby otwierając dla refleksji na temat płci odpowiednią przestrzeń i przyznając jej właściwą rangę, stworzyć perspektywy życia indywidualnego, społecznego, politycznego i religijnego, które każdemu człowiekowi pozwolą w granicach wolności innych stawać się tym, kim chce i jak chce być, bez względu na jego biologiczne uwarunkowania.

tekst: Daniel R. Sobota (IFiS PAN)
grafika: Marta Voelzke, studentka II roku architektury wnętrz

Drukuj