Turkusowa równowaga

O Work Life Balance z dr hab. inż. Małgorzatą Gotowską, prof. uczelni z Pracowni Zarządzania Strategicznego Wydziału Zarządzania.

A. G.: Tak wiele mówi się ostatnio o zrównoważonym społeczeństwie: zrównoważonej gospodarce, zrównoważonym rozwoju, przedsiębiorstwach zarządzanych w zrównoważony sposób... Czym jest ta, obejmująca wszystkie dziedziny życia, równowaga?

M. G.: To długi temat. Teoretycznie łatwo ją uzyskać, w praktyce jest zdecydowanie trudniej. Zrównoważony rozwój to pozostawienia np. środowiska, a także tego, czym się zajmujemy, w takiej kondycji, aby przyszłe pokolenia – nasze dzieci, wnuki – mogły z tego korzystać. Taki zapis widnieje również w Konstytucji RP. Zachowanie równowagi w życiu, czyli Work Life Balance to niekwestionowana sztuka. Niełatwo jest odnaleźć ten punkt równowagi między życiem zawodowym a życiem prywatnym. Zapominamy, że jest dom i jesteśmy nadmiernie zaangażowani w życie zawodowe. Zbilansowanie tych dwóch rzeczywistości wcale nie jest łatwe. Jestem tego najlepszym dowodem. Pomimo że piszę o tym w książkach i teorię mam opanowaną, to życie wszystko weryfikuje... ale jest to możliwe!

A. G.: Dlaczego to zrównoważenie jest tak bardzo pożądane? Co ono daje?

M. G.: Chodzi o jakość życia. Przez bardzo długi czas wiele mówiło się na temat poziomu życia, czyli tego, co posiadamy. Gdy społeczeństwo osiągnęło pewien poziom ekonomiczny, zaczęto się zastanawiać nie tylko nad tym, co posiadamy, ale i nad tym, kim jesteśmy. Zauważono, że dobrobyt materialny nie idzie w parze z niematerialną sferą naszego życia. Zaczęto się zastanawiać nad tym, jak poprawić jakość naszego życia. Zachowanie równowagi gwarantuje uzyskanie wysokiej jakości życia. Oczywiście nie oznacza to, że trzeba z zegarkiem w ręku wyliczać: 8 godzin pracy, a później – odpoczynek. Można pracować dłużej, ale trzeba pamiętać, żeby jakąś część dnia/tygodnia/miesiąca poświęcać sobie, swojej rodzinie, przyjaciołom. To jest bardzo istotne, bo tak naprawdę wpływa to na jakość naszej pracy zawodowej. Osiągnięcie Work-Life Balance – równowagi między życiem zawodowym a prywatnym – nie oznacza, że ma być „po równo” w każdej z tych dziedzin naszego życia. Od nas zależy, co jest równowagą, my wyznaczamy granice.

A. G.: Prowadzi Pani bardzo aktywny tryb życia: praca naukowa, dydaktyka, menager w przedsiębiorstwie REMONDIS Bydgoszcz, prowadzenie szkoleń, działania charytatywne, liczne zróżnicowane zainteresowania... Czy wystarcza Pani dnia na wszystkie swoje aktywności? Jak łączy Pani pracę z życiem osobistym?

M. G.: Rzeczywiście, bardzo intensywnie pracuję. Oczywiście nie zapominam o sobie. Moja praca jest moim hobby. Dzisiaj staram się żyć zgodnie z turkusową równowagą, czyli zgodnie z tą nietypową równowagą, można by nawet powiedzieć nie-równowagą. Przyjmując, że praca może być także naszym hobby, zauważamy, że może nam ona sprawiać dużo satysfakcji. Satysfakcja ta nie zawsze ma wymiar zysku materialnego. Dlatego mój czas wolny to także praca charytatywna z dziećmi i seniorami. Ostatnio poświęcam im sporo czasu, edukując ich, jak prawidłowo segregować śmieci, jak prowadzić zdrowy tryb życia – zachować tę równowagę w okresie senioralnym. Aktywność z seniorami to spotkania na Uniwersytecie Trzeciego Wieku czy w Dziennych Domach Pobytu. Ich życie tak naprawdę dopiero się zaczyna, nabiera tylko innego wymiaru. Może być szczęśliwe, pogodne i całkiem przyjemne – moim zdaniem.

A. G.: Jak odnajduje się Pani w roli menagera REMONDIS-u? Panuje przekonanie, że branża „śmieciowa” to pole działania głównie mężczyzn... Jak radzi sobie Pani z tym stereotypem?

M. G.: Sama się zastanawiam, jak to możliwe. Pierwsze spotkanie z branżą odpadową dotyczyło moich badań naukowych. Długi czas zajmowałam się poziomem i jakością życia zainspirowana pracami prof. T. Słaby. Zastanawiałam się, w jaki sposób określić poziom i jakość życia ludzi, badając ich odpady. I stało się, 10 lat temu przeprowadziliśmy takie badania. Inicjatywa ta wzbudziła także zainteresowanie mediów, bo były to badania innowacyjne. I tak się rozpoczęła moja „przygoda z odpadami”. Wtedy właśnie poznałam ówczesnego prezesa REMONDIS-u, który po jakimś czasie zaproponował mi pracę w charakterze managera zarządzającego instalacją przetwarzania odpadów komunalnych. Powiem szczerze, że nie potrafiłam sobie tego wyobrazić: ja, która biegam w szpilkach po wydziale, miałabym zarządzać przetwarzaniem odpadów? Nie. To niemożliwe. Jednak po upływie kilku miesięcy stwierdziłam jednoznacznie, że jest to praca dla mnie: jest bardzo rozwijająca i wymaga dużego zaangażowania, z drugiej strony bardzo dużej wiedzy z zakresu prawa, ekonomii, technologii. Obudził się drugi element mojej osobowości – inżynier. Lubię obserwować, jak działają maszyny. Ciekawi mnie, jak skonstruować linię, która będzie przetwarzała odpady – tak, aby wydobyć surowce. Taki tryb pracy mi się podoba, w tym się sprawdziłam. Poza tym – zarządzanie ludźmi. Lubię ludzi, lubię pracować z ludźmi. Oczywiście, zarządzając ludźmi, trzeba być niekiedy bardzo stanowczym. Jednakże będąc w relacji partnerskiej, można naprawdę wiele osiągnąć. Potwierdza to wprowadzenie w 2016 roku na rynek nowego produktu REVITA otrzymanego z odpadów. Z niczego zrobiliśmy coś – mówię „my”, ponieważ za ten sukces odpowiedzialny jest zespół ludzi. Zespół ten tworzą ludzie, którzy pracują ze mną na instalacji. Chciałabym ich z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrowić. To osiągnięcie jest właśnie ich zasługą. Do wszystkiego przyczynili się również zarządzający, którzy pozwolili mi eksperymentować i ten eksperyment zakończył się sukcesem. Chciałabym także skierować podziękowania w stronę władz uczelni – za to, że wyraziły zgodę na moją pracę i na to, żebym swoje zacięcie eksperymentatorki i badacza wykorzystała w praktyce. To jest świetna hybryda: praktyka z teorią. Jedno wiąże się z drugim i jak mówią moi współpracownicy, to jest mieszanka wybuchowa. To jest chyba najlepsze określenie mnie: mieszanka wybuchowa.

A. G.: No właśnie... bo jest Pani po prostu wulkanem energii i inspiratorką licznych inicjatyw. Jest Pani pomysłodawcą m.in. Bydgoskich Dni Kultury Japońskiej. Aktywnie uczestniczy Pani w Uniwersytecie Dziecięcym, działa Pani charytatywnie – razem z pracą zawodową wszystko to składa się na wielobarwną osobowość. A jak odniesie się Pani do wspomnianej Japonii? Skąd wzięła się ta pasja w Pani życiu?

M. G.: Jak to mówią – w życiu każdego człowieka rządzą przypadki. Japonia też była przypadkiem. Nie ukrywam – w Japonii mam rodzinę. To się ciekawie złożyło – zawsze chciałam pojechać do USA, żeby z perspektywy naukowca zobaczyć, jak tam jest. Ale przypadek rzucił mnie do Japonii. Kiedy w 2009 roku po raz pierwszy tam pojechałam, wydawało mi się, że to w ogóle nie jest kraj dla mnie. Kulturowa przepaść i kompletnie inny sposób patrzenia na wiele rzeczy. Miałam praktyki w firmie zajmującej się klimatyzacjami. Byłam obserwatorką. Zauważyłam wówczas, że sposób, w jaki zarządzają firmą, po części pokrywa się z tym, co znamy w Polsce. Jednakże wiele kwestii jest odmiennych, wiele z nich można by przenieść do nas. Są oczywiście elementy, które nigdy nie przyjmą się w europejskich warunkach. Charakterystyczny jest także sposób ich życia: bardzo intensywna praca zawodowa, poświęcanie się pracy, ale też znalezienie czasu dla rodziny. Później byłam jeszcze 4 razy w Japonii. Gdy pracowałam już w REMONDIS-ie, odwiedziłam również tokijską spalarnię. Tokio to ogromna aglomeracja miejska, wytwarzająca olbrzymią ilość odpadów – w samym Tokio jest 19 spalarni. Japończycy głównie spalają odpady, ale z części odpadów odzyskują surowce. Robią to już „u źródła”, czyli to mieszkańcy wstępnie segregują odpady. Ich doświadczenia staram się przenosić na swój grunt zawodowy. Chciałam jednak przenieść także trochę kultury japońskiej na naszą uczelnię, a w konsekwencji do Bydgoszczy... jak się potem okazało – inicjatywa objęła całą Polskę. Tak zrodził się pomysł Bydgosko-Japońskich Inspiracji. Okazało się, że jest bardzo duże zainteresowanie tą tematyką zarówno wśród studentów, jak i wśród bydgoszczan. Tak powstały spotkania, na których pojawiało się 400–500 osób. Niektóre odbywały się na naszej uczelni, część była zorganizowana w plenerze. Stymulatorem tych przedsięwzięć była kultura Japonii w różnych jej aspektach, m.in.: pokazy mody inspirowane japońskimi kimonami, sztuki walki, ikebana – sztuka układania kwiatów. Tych tematów było bardzo wiele. W realizację imprez zaangażowani byli liczni studenci, bardzo pomogła mi także moja rodzina, wspierająca mnie przy tworzeniu kolekcji – szczególnie Joanna Shigenobu, która na co dzień mieszka w Japonii – jest pisarką, prowadzi bloga; w swoich książkach opisuje trudną miłość Japończyka i Europejki. I właśnie tego dotyczyło jedno ze spotkań: miłości „w wydaniu azjatyckim”. To jest właśnie to, co lubię robić – daję coś z siebie ludziom, a ludzie w zamian oddają mi mnóstwo pozytywnej energii. To jest chyba źródło tej energii, o której Pani mówi. Organizacja takich imprez jest naprawdę fascynująca! W działania te włączyło się także przedsiębiorstwo REMONDIS, które wspomogło projekty w sposób finansowy, ale nie tylko. Firma mnie po prostu inspiruje – pokazuje mi, że warto robić coś dla ludzi.

Uczestnictwo w Uniwersytecie Dziecięcym – trochę mój egoizm. Różne względy zadecydowały o tym, że nie mam dzieci, ale spotykając się z tymi dużymi grupami małych poszukiwaczy wiedzy, uświadamiam sobie, że mogę im coś od siebie dać. Dzieci są bardzo chłonne wiedzy. Dzieci są naszym ogromnym skarbem, warto w nie inwestować, a w zamian dają naprawdę dużo energii i przysłowiowego „kopa” motywującego do dalszych działań. Są jeszcze spotkania z dziećmi niepełnosprawnymi. One nam pokazują, jak prawdziwie żyć. Dzieci niepełnosprawne uczą, że warto działać dla innych. Niepełnosprawni zwracają bardzo dużą uwagę no to, co do nich mówimy i przyjmują to z pełnym zaufaniem. Dali mi wtedy bardzo dużo do myślenia. Tak właśnie zrodziła się turkusowa równowaga, zakładająca dawanie siebie innym. My – patrząc z perspektywy ludzi zdrowych – zawsze myślimy, że mamy jakieś ograniczenia. Osoby niepełnosprawne pokazują, że nie ma ograniczeń. Bo oni potrafią działać, mimo że są intelektualnie czy fizycznie ograniczeni. Nie ograniczają się. Zawsze z głębi serca dziękują za to, że poświęciliśmy im czas, że daliśmy coś od siebie. Dużo jest w tym emocji. Ale właśnie dzięki temu, że jesteśmy ludźmi i mamy emocje, mogą powstawać bardzo cenne inicjatywy.

A. G.: Zmieniając nieznacznie kierunek rozmowy z działań skupionych na innych na aktywności odnoszące się bezpośrednio do Pani. Pasjonuje się Pani motoryzacją, numizmatyką i filatelistyką. To dość nietypowe.

M. G.: Motoryzacja towarzyszyła mi od zawsze. Mój tato zawsze chciał mieć syna. Urodziła się jednak córka, co było dla moich rodziców sporym zaskoczeniem, bo liczyli na chłopaka, a „wyszła” Małgorzata. Mimo że tato szybko odszedł – gdy miałam 3 lata – mamie udało się we mnie zaszczepić tę „żyłkę inżynierską”. Zawsze imponowały mi samochody, duże maszyny, koparki itp.

A. G.: Może to działa na zasadzie kontrastu: jest Pani przecież osobą drobną, szczuplutką...?

M. G.: Mimo że nasza fizyczność stanowi czasem pewne ograniczenie, to w tym przypadku zupełnie nią nie jest. Motoryzacja dla mnie to przede wszystkim samochody i motocykle. Obecnie przesiadłam się na samochód. Lubię samochody: zarówno antyki, jak i szybkie, nowoczesne auta sportowe. Nie ukrywam, lubię szybką jazdę. Zainteresowanie motoryzacją bardzo pomaga mi w pracy w REMODIS-ie. Na drugim biegunie jest numizmatyka i filatelistyka. Pasję tę zaszczepiła we mnie mama, zaczęło się od filatelistyki. Mam już kilkanaście klaserów znaczków – zbieram je namiętnie. Z każdych wakacji przywożę nowe do swojej kolekcji. Numizmatyką zaraził mnie natomiast mój partner Jarek, ponieważ sam zbiera monety i dzięki niemu zaczęłam się tym interesować. Z monet można wiele wyczytać, wiele informacji można za ich pośrednictwem przekazać, m.in. historię danego kraju, miejsca, w którym przebywamy.

A. G.: Zapytam o jeszcze jedno z Pani zainteresowań – o to najbardziej „kobiece” – o modę.

M. G.: Właściwie nie wiem, jak to się stało, ale moda towarzyszyła mi zawsze – w mniejszym lub większym wymiarze. To moje koleżanki zwróciły uwagę na to, że ubieram się w niestandardowy, nieszablonowy sposób. Moda jest wyrazem moich emocji – tego, co czuję, tego, co chcę przekazać ludziom, których spotykam. Dzieje się tak może dlatego, że nigdy nie starałam się mieścić w jakimś szablonie. Zawsze staram się ubrać odpowiednio do sytuacji, ale nigdy nie w sposób sztampowy. Moda jest uzewnętrznieniem mojej – z jednej strony szalonej, z drugiej strony artystycznej – duszy. Jest we mnie miejsce i na motoryzację i na technikę, a za pośrednictwem mody przejawia się jeszcze jeden element mojej osobowości – dusza artystyczna. To właśnie uwidoczniło się na Bydgosko-Japońskich Inspiracjach w postaci pokazów mody. Lubię ubrania, lubię buty, torebki, różnego rodzaju dodatki – chyba jak każda kobieta. Staram się wszystko łączyć ze sobą. Niektórzy pytają, czy to jest drogie. Uważam, że nie. Przez długi czas kupowałam ubrania głównie w second hand’ach. Robiłam to z dwóch powodów: po pierwsze, gdy się idzie do second hand’u, to nigdy się nie wie, co się znajdzie – jest to wielka niewiadoma; po drugie, kwestia bardzo mi bliska – zagospodarowanie odpadów – dając drugie życie ubraniom. Upcycling dotyczy nie tylko ubrań, obejmuje także sprzęty domowe (stoły, krzesła itd.) i wszystko to, co można znaleźć w odpadach. Takie aktywności to przykład kreatywnych działań. Człowiek bez kreatywności chyba nie żyje... wegetuje. Kreatywność pozwala nam się realizować, osiągać różnego typu cele.

A. G.: Jest Pani świeżo po pozytywnym zakończeniu postępowania o nadanie stopnia doktora habilitowanego. Gratulacje! Ogromny sukces poprzedzony równie ogromnym nakładem pracy. Czy są już jakieś plany na przyszłość?

M. G.: Mój plan na najbliższą przyszłość to odpoczynek. Postępowanie habilitacyjne jest bardzo długie, w moim przypadku trwało około półtora roku, ale przygotowanie się do tego procesu zajęło 10 lat. Brzmi to dość surrealistycznie, ale aby dobrze przygotować się tego, konieczny jest duży nakład długoletniej pracy w postaci licznych publikacji i zrealizowanych wielu projektów. Dlatego: wielki ukłon z mojej strony wobec wszystkich naukowców, którzy podjęli trud ubiegania się o stopień doktora habilitowanego czy też profesora. Teraz wiem, że jest to potężny wysiłek, ogromna praca, które oczywiście się opłacają, bo ich uwieńczeniem jest sukces. Co prawda nikt jeszcze do końca nie określił, co jest sukcesem w życiu człowieka. Ale – w odniesieniu do postępowania habilitacyjnego – pozytywne zakończenie jest niekwestionowanym sukcesem. Z drugiej strony sukcesem są projekty wdrożeniowe. Wielu przedsiębiorców skorzystało z wiedzy i badań naukowców naszego Uniwersytetu. Mieści się w nim i moje, osobiste „zwycięstwo” – to, że umiałam pogodzić sferę praktyczną, czyli wizję praktyków – przedsiębiorców, z wizją naukowców. To bardzo cenne, żeby się nawzajem słuchać. Słuchanie ludzi jest stymulatorem twórczych pomysłów. Pytała pani, co dalej. Zakończył się pewien etap i trzeba sobie wyznaczyć nowe cele. Muszę z dystansu zweryfikować, jaka jest moja dalsza droga, jaką ścieżkę rozwoju naukowego i zarządczego wybrać i konsekwentnie ją realizować. Konsekwencja jest bardzo ważna w pracy naukowca; pracę tę trzeba po pierwsze lubić, a następnie – być systematycznym. Systematyczność jest bardzo pożądana, szczególnie teraz, gdy są tak wysokie wymagania wobec nas – naukowców, badaczy, dydaktyków. Bycie dydaktykiem dzisiaj to także olbrzymie wyzwanie. Studenci są bardzo wymagający, ale z drugiej strony pokazujący, że warto. To oni nas pozytywnie „napędzają”, przychodząc z pracami dyplomowymi i pytając: co możemy zrobić, żeby nasza praca była lepsza? Osiągają sukcesy w wielu konkursach na najlepsze prace inżynierskie/magisterskie. Kilku moich studentów ma takie osiągnięcia, dzięki czemu bardzo szybko odnaleźli się na rynku pracy. To jest wielki sukces – uczelni i nas dydaktyków.

rozmawiała: Aleksandra Górska
zdjęcia: nadesłane


Drukuj