CAŁE ŻYCIE Z KAKTUSAMI

Jest Pan najprawdopodobniej najstarszym studentem, w tym przypadku doktorantem, na UTP. W wieku 70 lat ma Pan rzeczywiście ochotę na naukę i przesiadywanie w ławach zamiast spędzać czas w przydomowym ogródku
u boku rodziny?

– Jestem cały czas aktywny zawodowo, a ostatnio także naukowo. Część rodziny nie dowierzała, że podejmę naukę, więc tym bardziej zostałem zmotywowany. Poza tym dzięki studiom chcę rozwiązać pewne interesujące mnie problemy naukowe.

No to zacznijmy od początku. Jak wyglądała Pana ścieżka edukacji?

– Ukończyłem VI Liceum Ogólnokształcące w Bydgoszczy. Następnie pracowałem krótko między innymi jako nauczyciel matematyki i fizyki, byłem także zatrudniony w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Pojechałem do Łodzi i rozpocząłem naukę na tamtejszym Uniwersytecie. Niestety, w wyniku tak zwanych wydarzeń marcowych, zostałem wyrzucony z uczelni z wilczym biletem. Podjąłem kolejną próbę rozpoczęcia studiów – tym razem na toruńskim Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Tutaj na egzaminach na pierwszym roku, mimo że odpowiadałem dobrze, ostatecznie wstawiano mi dwóje, a w kartotece zamieszczono anons: niepoprawny politycznie. W końcu w 1969 roku zostałem przyjęty do bydgoskiej filii Akademii Rolniczej w Poznaniu, na kierunek Rolnictwo, która po kilku latach została połączona z Wyższą Szkołą Inżynierską, dzięki czemu powstała Akademia Techniczno-Rolnicza. Na egzaminie
wstępnym uzyskałem pełną pulę możliwych punktów. Z dyplomem inżyniera rolnictwa zatrudniono mnie na uczelni. Jednak po trzech latach postanowiłem zająć się zarobkowo swoim hobby, czyli hodowlą kaktusów.

I niedawno, kilka lat temu, wrócił Pan do nauki...

– Najpierw podjąłem studia magisterskie, a w ich trakcie – podyplomowe. Wraz z córką, Iwoną. Niby dla towarzystwa, ale szybko się okazało, że w znacznej mierze była moimi oczami i uszami, no bo to już nie ten wiek... Miałem pewne problemy – nie nadążałem za nowinkami technicznymi, w tym za biegłą obsługą komputera, nie zawsze dobrze wszystko usłyszałem, widziałem... Ale koledzy i koleżanki troszczyli się o mnie (uśmiech); pytali,
jak się czuję, przepuszczali przodem...

Dowiedziałem się, że na naszej uczelni do tej pory napisano dwie prace magisterskie, dotyczące hodowli kaktusów. Pisał o nich ktoś z rodziny?

– Pierwszą osobą, która napisała pracę o tych roślinach, była właśnie moja córka, Iwona. Było to jakieś dziesięć lat temu, a jej tytuł brzmiał mniej więcej tak: „Zastosowanie kultur in vitro w procesie mikrorozmnażania kaktusów”. Jej promotorem była pani profesor Justyna Lema-Rumińska. Tak się złożyło, że córka była jej pierwszą magistrantką o zainteresowaniach kaktusami, a ja – ostatnim doktorantem. Otworzyłem przewód doktorski, który został zaakceptowany przez radę Wydziału Rolnictwa i Biotechnologii. Hodowla tych roślin to niszowa, innowacyjna specjalność. Brakuje światowej literatury.

Skąd takie zainteresowanie? I jak Pan, w głębokim PRLu, zdobywał kaktusy?

– Jeszcze w liceum kolega ze szkolnej ławy namówił mnie na zbieranie kaktusów. Przy czym jemu przeszło po tygodniu, a mnie wręcz przeciwnie! Zafascynowała mnie ich egzotyka, walory estetyczne, różnorodność. Jednocześnie, w tamtych czasach, były one trudne do zdobycia. Nasiona nie były osiągalne w kraju. Jednak na moje szczęście powstał pierwszy w Polsce Bydgoski Klub Miłośników Kaktusów. Jego prezes był artystą i jeździł za granicę, skąd przywoził nasiona. Prezes miał około tysiąca gatunków, podczas gdy w kwiaciarni sprzedawano trzy. Pojechałem do Erfurtu, gdzie funkcjonowała firma o 150-letniej tradycji, handlująca kaktusami. Sprowadzała je z Meksyku. Spotkałem jej szefa. Porozmawialiśmy. Na odchodne podarował mi wiele nasion.

I od wielu lat jest Pan potentatem na krajowym rynku kaktusów. Swego czasu w Bydgoszczy, ale również w wielu regionach w Polsce można było kupić miniaturowe kaktusy w małych doniczkach. Był to wówczas popularny, drobny upominek...

– Tak, to mój pomysł, który okazał się w pełni trafny. Do sprzedaży przygotowałem wówczas kilkaset gatunków. Każda roślinka
sadzona była w trzycentymetrową doniczkę, zaopatrzona w plastikową metkę z nazwą łacińską. Sprzedawałem nawet pół miliona sztuk rocznie. Ale to już przeszłość...

Dzisiaj również zajmuje się Pan handlem, jednak na innym rynku. Rynku wirtualnym...

– Dziś już nie współpracuję z hurtowniami i punktami sprzedaży w kraju. Za pośrednictwem internetu sprzedaję moje kaktusy odbiorcom z całego świata. Zostałem jednym z 10 najlepszych internetowych sprzedawców tych roślin na świecie. Najwięcej moich klientów pochodzi z Ameryki Środkowej, gdzie oczywiście rosną kaktusy. Jednak zainteresowane osoby szukają nowych odmian, które ja im zapewniam.

Czy interesują Pana nowe odmiany w ramach podjętych studiów doktoranckich?

– W pewnym sensie tak, bo temat mojego przewodu doktorskiego brzmi: „Wpływ promieniowania jonizującego na powstawanie barwnych form kaktusów”. Innym zainteresowaniem są chimery kaktusowe. Chciałem na ich temat napisać nawet pracę magisterską. Nazywam je roślinami kompaktowymi albo chimerami właściwymi. Najprościej mówiąc – w jednej roślinie występują dwa gatunki kaktusów, niespokrewnione, zupełnie niepodobne do siebie. Są połączone, ich tkanki rosną w jednym egzemplarzu. Może się na przykład zdarzyć kaktus chimera, który będzie miał różne kolory... Jedną chimerę sprzedałem klientowi z USA. Zapłacił 12 tysięcy euro. Niestety, nikt jeszcze nie opracował metody wytwarzania chimer.

Dziękuję za rozmowę!

Piotr Licznerski urodził się w Bydgoszczy, studiuje na Wydziale Rolnictwa i Biotechnologii UTP, prowadzi gospodarstwo w Jarużynie. Obecnie jego hodowla kaktusów jest największa w Polsce. Liczy ok. 1,5 mln egzemplarzy, 8 tys. gatunków i form.

rozmawiał: Jacek Korpal
zdjęcia: Ryszard Wszołek

 


Drukuj